Idea pójścia na koncert Editors wykiełkowała w najpóźniejszym z możliwych dni - dniu koncertu. Spowodowane to było powolnym, acz konsekwentnym utrwalaniem nowej płyty. Czemu czekałem tak długo na opinię o nowym wydawnictwie? Bo to moja pierwsza i jedyna (póki co) przesłuchana płyta. Płyta, która szalenie mi się spodobała. A że mam podejście takie, że nawet jak się do końca czegoś nie zna, to koncert na pewno nie zaszkodzi, udałem się po bilet i ku mojemu zaskoczeniu zapłaciłem 90, a nie 100 zł (10 zł w kieszeni na browar w Stodole. Kiepski).
Przyznam, że kompletnie nie wiedziałem czego się spodziewać. Z ręką na sercu mówię, że nawet nie kojarzyłem żadnego singla/przeboju. Czekałem za to bardzo mocno na numery z "In This Light And On This Evening". No ale wcześniej supporty. Spora grupka widzów dzielnie trzymała wartę pod sceną, a gdzieś koło 19.40 pojawiło się Wintersleep. Za dużo o ich graniu nie powiem - gitarowa muzyka, całkiem przyjemna, ale mnie osobiście nie porwało zupełnie. Za to Maccabees owszem. Może też nie jakaś mega rewelacja czy też kolejne rockowe objawienie, ale chłopaki wypadli naprawdę nieźle i w przyszłości nie obraziłbym się za jakiś klubowy koncert. Tu jednak większość (wszyscy?) przyszli na Editors.
A Editors zaczęli tak, że już wtedy wiedziałem, że będzie co najmniej dobrze. Utwór tytułowy i jednocześnie otwierający najnowszą płytę. Przed koncertem zastanawiałem się jak to zabrzmi na żywo. Na płycie jednak króluje elektronika bardzo fajnie zgrana przez Flooda, a koncert wiadomo - Editors to przede wszystkim gitarowy zespół. Ale już ten pierwszy utwór pokazał, że jak trzeba, to siada się przy pianinie, odkłada gitarę i obsługuje różnego rodzaju syntezatory. Rzekomo panowie się trochę rozjechali w tym pierwszym numerze, ale ja osobiście tego nie zarejestrowałem. Więc nawet jeśli, to nie mogło być tak bardzo źle ;)
Setlista wyglądała tradycyjnie, czyli nowy materiał przetykany starszymi utworami. I tu coś, co szalenie rzuciło mi się w oczy: kiedy pojawiał się stary materiał (pierwsze dwie płyty), wszyscy dostawali euforii, skakali, bawili się. A w przypadku nowych utworów (ku mojej uciesze pojawiły się wszystkie utwory z "In This Light...") sala się uspokojała. Ciekawi mnie w sumie jakie jest przyjęcie nowego materiału u takich true fanów. Ja skromnie powiem, że kierunek, jaki obrali panowie z Editors znacznie bardziej mi odpowiada niż skoczne nogotupajki, którym jednak uroku odmówić nie można. I na pewno nie można im odmówić podżegania do fajnej zabawy :)
Ameryki tym stwierdzeniem nie odkryję, ale jestem naprawdę urzeczony energią, jaką dają z siebie panowie z Editors. To, co wyrabiał Tom Smith momentami powodowało u mnie opad szczęki. Zobaczyłem faceta, który naprawdę całym sobą śpiewa. I mnie się to zajebiście podoba.
Podsumowując: jeszcze kilkanaście godzin przed koncertem w ogóle nie myślałem o tym, że zobaczę w najbliższym czasie Editors na żywo. Teraz wiem, że jakbym nie kupił biletu, to straciłbym jeden z najlepszych koncertów tego roku (załapał się do mojej pierwszej trójki). Od tej pory będę bacznie przyglądał się poczynaniom Editors, bo to teraz jeden z ważniejszych rockowych zespołów, który nie szpanuje grzywkami na okładce NME i który daje z siebie wszystko. A ja im wierzę.
Podpisuję się zdecydowanie pod cała relacją:)
OdpowiedzUsuń