W zeszłym tygodniu miałem przyjemność być na koncercie Petera Murphy'ego w warszawskiej Stodole. Gdy wszedłem do klubu, to obowiązkowo udałem się w poszukiwaniu sklepiku z merchandisingiem - taki już mam zwyczaj, że nawet jak nie mam w planach zakupu, to przynajmniej patrzę co jest. W końcu coś ciekawego może się tam znaleźć. No i niespodzianka: stoiska brak. No cóż... Za chwilę niespodzianka: będzie support o nic nie mówiącej (przynajmniej mnie) nazwie Lettie Music. Nie znam, ale od tego jest koncert, by posłuchać ;) Lettie Music (a w zasadzie Lettie) to sympatyczna młoda dziewczyna z Anglii, która na scenę wyszła sama, stanęła przy keyboardzie, uruchomiła podkład i zaczęła śpiewać. Pop. To zdecydowanie nie była muzyka, przy której człowiek doznaje uniesień niemalże mistycznych. Ale była to muzyka, która mi się podobała. Podobał mi się głos Lettie, podobały mi się te piosenki. Grała, a ja myślałem sobie "kupiłbym jej płytę". No ale sklepiku brak. Peter Murphy wkroczył na scenę, po paru utworach udałem się na chwilę odpoczynku poza salę i ku mojemu zaskoczeniu pojawił się sklepik. A kto w roli sprzedającego? Lettie :) 20 zł i płyta jest. A oprócz płyty chwila pogawędki i pocztówka z Warszawy (bo Lettie kolekcjonuje stare pocztówki z całego świata i razem z płytą dała mi pocztówkę, którą jakiś Anglik wysłał z Polski. Po widoku wnioskuję, że to jakieś lata 70-te).
Po co ta cała opowieść? Bo wtedy sobie uświadomiłem, dlaczego kupuję płyty. Kupuję, bo to mój znak poparcia dla artysty. Moje "jestem na tak". Być może nigdy w życiu bym się o Lettie nie dowiedział. Przecież ludzie przyszli na Petera. Ale wcześniej wychodzi na scenę dziewczyna, której ja chcę powiedzieć, że podoba mi się to, co robi. Więc kupuję jej płytę, bo być może nigdy więcej do Polski nie przyjedzie. Kupuję, bo to jest wyraz mojego szacunku dla czyjejś pracy, która nie musi przecież zwalać ludzi z nóg, nie musi od razu lądować w kanonie "
I to jest chyba główny powód. Poza tym jest ten czysto ludzki element, czyli zbieractwo. Po prostu niektóre płyty ślicznie wyglądają na półce.
Jaki jest koronny argument za niekupowaniem płyt? Cena tychże. Mnóstwo osób powie "no kupiłbym, ale za drogie płyty, nie stać mnie". I te pe. To ja może przytoczę przykład ze swojego życia (dokładnie z wczoraj):
1. Bilet do kina: 14 zł
2. 2 piwa w knajpie: 20 zł
3. Taksówka do domu: 35 zł
Razem: 70 zł.
Abbey Road (remasterowana wersja, cena średnia): 55 zł.
Jak się chce, to można. Ale trzeba chcieć. Bo przecież po co kupować debiutancką płytę Tides From Nebula za 15 zł? Można ściągnąć, prawda?
Szanujmy kulturę. Szanujmy twórcow. Bo to jedni z nielicznych, którzy szczerze coś chcą przekazać. A to wielka zaleta w tych (bądź co bądź) pustych czasach.
Dobry tekst, a kilka ostatnich akapitów trafia w samo sedno.
OdpowiedzUsuńPopieram! Ja mam wyrzuty sumienia jak okradam ulubionych artystów:/ A poza tym, fajnie MIEĆ płyty (taki fetysz...)
OdpowiedzUsuńZeskanuj pocztówkę!:P
Ja też się podpisuję w 100%. Ja płyt nie kupuję bo najzwyczajniej nie mam na czym odtwarzać, a moja spora kolekcja rozeszła się niestety poprzez pożyczanie:/
OdpowiedzUsuńAle komuś powyżej zawsze lubię zrobić prezent;)