wtorek, 17 listopada 2009

Time flies, czyli jak wchodziłem na jeżozwierzowe drzewo

To będzie notka pochwalna. Notka-pomnik niemalże. Poświęcona będzie artyście (może lepiej napisać to nawet z dużej litery), którego twórczość na bieżąco śledzę od paru ładnych i który jeszcze do tej pory mnie nie zawiódł

Steven Wilson.

Dla wielu "boski" Steven Wilson. Dla mnie w pewnym sensie też. Z muzyką Wilsona pierwszy raz zetknąłem się gdzieś na początku tego stulecia. To był czas, kiedy najmocniej chłonąłem nowe dźwięki. Czas, który chyba najmocniej ukształtował mnie muzycznie. Szukałem wtedy zespołów, które grają ciekawie i które mają coś do powiedzenia (przynajmniej w porównaniu do tych wszystkich komercyjnych sieczek serwowanych nam w mediach). Tak właśnie trafiłem na Porcupine Tree, a będąc szczegółowym: na płytę "Stupid Dream" (1999). To, co od razu rzuciło mi się w uszy, to brzmienie. Brzmienie niezwykle czyste, dopracowane, pełne różnych ukrytych smaczków. No i głos. Głos w pewnym stopniu nostalgiczny, nasączony czymś w rodzaju tęsknoty. Wszystko to, w połączeniu ze świetnym songwritingiem, dało płytę może nie wybitną, ale za to taką, do której się chce wracać i wracać.
Oczywiście potem zacząłem wgryzać się w temat - kolejne płyty, pierwsze przesłuchanie "In Absentii", która wtedy akurat miała premierę. Wsiąkłem po uszy, totalnie. Po Porcupine Tree pojawił się No-Man, pojawił się Opeth (dla niezorientowanych - pan Stefan produkował ich trzy albumy)... No i zostało do dziś.
Steven Wilson jest dla mnie artystą kompletnym. Artystą, który doskonale wie, co chce zrobić. Artystą, który nie idzie na żadne komercyjne kompromisy (nie oznacza to bynajmniej, że tworzy jakieś pseudo-awangardowe dziwactwa). Artystą, którego nowe płyty kupuję w ciemno. Nie inaczej było z najnowszym wydawnictwem Porcupine Tree: "The Incident"



Informacje o następcy wydanego dwa lata temu "Fear of a Blank Planet" pojawiały się stopniowo. To, co chyba wszystkich najbardziej intrygowało to fakt, że będzie to album dwupłytowy i że pierwszą płytę wypełni trwający 50 minut utwór tytułowy. Przyznam, że trochę mnie to...hmmm...zmartwiło. Nie długość, ale fakt, że to taka wielka całość. W ostatnim czasie reaguję alergicznie na takie kolosy i bardziej preferuje krótsze, zwarte formy. Jakiś czas potem się uspokoiłem, że ten utwór będzie podzielony na kilkanaście krótszych części i każda z tych części to de facto odrębna piosenka. No, i tak ma być ;) Z racji natłoku innych życiowych obowiązków nawet nie bardzo byłem świadom konkretnej daty premiery. Ale jakiś duch (boski Steven? ;) ) czuwał i akurat w dniu premiery wszedłem na stronę jednego z dystrybutorów i patrzę, że to DZIŚ. Zatem telefon dłoń, rozmowa ze sprzedawcą w sklepie i najbardziej błogosławione w takich sytuacjach słowo padło: JEST.

Dopiero następnego dnia płyta wylądowała w odtwarzaczu. I co po pierwszym przesłuchaniu? Rozczarowanie. O dziwo nie kompozycjami, ale formą. Tytułowa suita jest bardzo niespójna. Utwory niby przechodzą jeden w drugi, ale całość sprawia wrażenie stworzonej trochę na siłę. Ponadto są utwory, które wyglądają bardziej na szkice. Kończą się zanim tak naprawdę zdążą się rozkręcić, czy też wprowadzić w jakiś nastrój.
Po paru przesłuchaniach zmieniłem swoje nastawienie. Niespójność jest nadal, ale ja przestałem to traktować jako jedną całość. I kiedy na The Incident (utwór, zbiór utworów) spojrzy się właśnie w ten sposób, to otrzymuje się kawałek naprawdę dobrej muzyki. W porównaniu z poprzednimi albumami, utwory są bardziej stonowane. Mniej jest mocnych gitar, za to praktycznie non stop rządzi akustyk. Oczywiście mocniejsze fragmenty są (zagmatwam: tytułowy fragment tytułowego utworu, The Blind House, Drawing The Line), ale całość jest jednak całkiem lekka. I przebojowa.

W nurt ten wpisuje się też cała płyta nr 2, na której znalazły się cztery krótkie utwory.

Podsumowując: nie jest to na pewno szczytowe osiągnięcie Wilsona, nie jest to najlepsza płyta Porcupine Tree. Niemniej ma parę fragmentów, na nuceniu których przyłapywałem sam siebie przez długi czas. To jedna z tych płyt, które nowych lądów nie odkrywają, ale za to dają sporo przyjemności ze słuchania.

Moja ocena: (w porywach) 8/10

0 komentarze:

Prześlij komentarz