Tak to już jest, kiedy człowiek ma otwartą głowę i chłonie wiele nowych rzeczy. Myślałem, że podsumowanie roku 2009 będę miał zamknięte, a tu pojawiła się nowa (dla mnie) płyta, która kompletnie zaburzyła mi koncepcję ;) No ale dzielnie trzeba stawić jej czoła i coś napisać.
Słyszeliście kilkanaście miesięcy temu o The Big Pink? Ja nie. I podejrzewam, że wiele osób nie. No chyba, że jest się na bieżąco kto jaki singiel i kiedy wypuszcza. Mnie się takich rzeczy śledzić nie chce, więc rzadko kiedy mam okazję kibicować debiutantom, by wydali wreszcie swój pierwszy album - zazwyczaj poprzez debiutanckie albumy poznaję kapelę. Nie inaczej było w tym przypadku. Do zapoznania się z The Big Pink skłoniły mnie bardzo pozytywne recenzje z Zachodu. W takich sytuacjach zazwyczaj zapala mi się lampka ostrzegawcza, bowiem wielokrotnie "przejechałem się" na hypie mediów. No ale staram się zawsze wystrzegać uprzedzeń, więc na zasadzie "posłucham, ocenię" dałem The Big Pink szansę.
No i po paru godzinach (!) od pierwszego (!) przesłuchania dzielnie wracałem do domu z płytą w ręku ;)
Co w ogóle gra The Big Pink? Jakoś najłatwiej powiedzieć synth-pop. Generalnie sporo elektroniki, symultanicznej gry zwykłej i elektronicznej perkusji, ładne melodie itp. Ale tak prosto nie jest, bo inaczej skąd te zachwyty... Istotą tej muzyki jest niezwykła dbałość o brzmienie. Wszystko brzmi po prostu czysto, niemal krystalicznie. Każdy najmniejszy elektroniczny dźwięk jest tak perfekcyjnie dobrany, zagrany i wyprodukowany, że chciałoby się go postawić na półce obok wazoników i szklanego słonika ;) Muszę od razu zaznaczyć, że to wcale nie jest jakieś plumkanie. Panom z The Big Pink bliżej jest do shoegaze'u niż do Depeche Mode. W ogóle sporo tam takich przesterowanych dźwięków, pogłosów. Niby cały czas wszystko ładnie, ale w tym drugim dnie jest całkiem miły i zaskakujący pazur.
A same kompozycje? Praktycznie każda mogłaby być singlem. Jest przebojowo, momentami nastrojowo, ale nie nudno. Właśnie - wiele osób zarzuca tej płycie, że poszczególne utwory mało się od siebie różnią i generalnie pod koniec wszystko siada. W pewnym sensie jest to prawda - utwory są spójne brzmieniowo, stylistycznie itp. Z drugiej strony to nie jest jakiś nudny progresywny rock, gdzie wszystko ma się zmieniać co chwilę. Ja naprawdę całości słucham z przyjemnością od początku do końca. No i poza tym: to są przecież debiutanci. Skoro tyle pokazali na pierwszej płycie, to mam nadzieję, że na drugiej i kolejnych, pomysły będą rosły w postępie geometrycznym. Bo o talent jestem spokojny.
Jeżeli ktoś chciałby tej płyty posłuchać, to mała rada: koniecznie słuchać na DOBRYCH słuchawkach. Wierzcie mi, że brzmi rewelacyjnie.
Dla ciekawych/niecierpliwych dwie próbki:

okładka bardziej w stylu dark wave a nie pop. zresztą bardzo kusząca. słuchając zastanawiałem się gdzie ten shoegaze, ale rzeczywiście po 1 m 32 sec zaczyna coś bzyczeć. ciekawe na zamuloną (czytaj bardziej melancholijną) dyskotekę ;] dziewczyna w środku pierwszego klipu niczego sobie ;]
OdpowiedzUsuńW sumie nadaje się to na dyskotekę, czemu nie ;) Te akurat utwory są dość mid-tempo, że tak to ujmę, ale na płycie sporo jest utworów szybszych i żwawszych ;)
OdpowiedzUsuńMoim zdaniem to taka płyta dla ludzi, którzy zmęczeni są tymi wszystkimi gitarowymi zgiełkami i potrzebują dobrej, niezobowiązującej i ładnej muzyki.
"mid - tempo" - myślę, że to dobre określenie :) a co do muzyki, to podoba się, ładnie i właśnie tak przyjemnie niezobowiązująco...
OdpowiedzUsuń