Doskonale pamiętam ten dzień - 29.06.2000. Na Euro 2000 Holandia grała z Włochami. Tego też dnia miał być wyemitowany w TVP1 film "The Wall" Alana Parkera. Widziałem wcześniej w telewizji zapowiedzi i postanowiłem ten film nagrać na kasetę video, bowiem w telewizji był on późnym wieczorem (w końcu po co taki film miałby być o ludzkiej porze?). Całe szczęście, że miałem zwyczaj wykorzystywania kasety w pełni i programując timer zawsze ustawiałem maksymalne przedłużenie nagrywania - w meczu Holandia-Włochy była dogrywka i całą ramówkę diabli wzięli. Film na szczęście był. Godzina opóźnienia spowodowała, że ledwo zmieścił się na kasecie. Ale się udało!
Do czasu obejrzenia "The Wall" nie miałem styczności z muzyką Pink Floyd. Owszem, jak każdy znałem Another Brick In The Wall (Part 2) i pamiętałem teledysk do High Hopes. Właśnie...Pamiętacie jeszcze czasy, kiedy w TVP między programami puszczano teledyski? I to teledyski do świetnej muzyki? No ale koniec dygresji ;) Wracając do Pink Floyd: w mojej świadomości była to tylko nazwa. Nie wiedziałem, że był jakiś Gilmour, Waters, że jakieś Echoes, Ciemna Strona... W domu nie było żadnych płyt ani kaset PF. Zatem chęć obejrzenia "The Wall" była wynikiem czystej ciekawości - w końcu zespół znany, a do tego muzyka (której nie znałem).
Następnego dnia odpaliłem taśmę, obejrzałem film i mnie zamurowało. Nie wiem nawet, co przeważyło - muzyka, obraz, teksty... (film bez lektora, z napisami - tłumaczenie Wojciecha Manna). Może po prostu całokształt. W każdym razie był to pierwszy raz, kiedy Sztuka do mnie trafiła. Ale tak naprawdę trafiła. Wtedy dotarło do mnie, że muzyka może nieść nieprawdopodobną wręcz dawkę emocji i treści. To wszystko było niczym potężny cios w głowę. I wcale nie przesadzam.
Od tego momentu zaczęła się moja fascynacja Pink Floyd. Warto zaznaczyć, że nie miałem wtedy internetu, by móc chociażby coś o zespole poczytać (o posłuchaniu nie wspominając). Nie miałem również nikogo znajomego, żeby pożyczyć jakąś płytę lub kasetę. Co ciekawe, mój ojciec doskonale kojarzył płytę Atom Heart Mother (jego znajomy ze studiów był wielkim fanem i miał winyl) i w tydzień po obejrzeniu filmu kupił mi kompakt z jedną z najlepszych okładek ever. The Wall było dopiero drugim albumem, który miałem. Stopniowo zacząłem zapoznawać się z dyskografią - pamiętam, że kupiłem kasety z Animals, A Momentary Lapse of Reason, The Dark Side of the Moon. Niedługo potem CD The Division Bell, Meddle...
Wsiąkłem bez reszty.
Dlaczego akurat o tym piszę? Bo Pink Floyd jest pierwszym zespołem, w którym po prostu się rozkochałem. I ten związek trwa nieprzerwanie 9 lat ;) Poza tym... Czy można w ogóle kwestionować wielkość tego zespołu? Te wszystkie utwory, płyty? Przecież to JEST jeden z najlepszych zespołów w dziejach muzyki. W sumie to fenomen: teraz tzw. muzyka progresywna uważana jest za niszową, a jeszcze 30 lat temu takie Pink Floyd było w stanie zapełnić stadion niemal stutysięczną publicznością.
Wielka szóstka progresywnego rocka: Pink Floyd, King Crimson, Jethro Tull, Yes, Genesis, Emerson Lake & Palmer - niby ten sam gatunek i każdy inny. I tylko Pink Floyd jestem w stanie słuchać całościowo - tu nie ma tych instrumentalnych popisów, wszystko jest poukładane, żaden dźwięk nie jest przypadkowy. Fenomen.
The Dark Side of the Moon, Wish You Were Here, Animals, The Wall - jaki zespół teraz będzie w stanie nagrać TAKIE albumy (skończone, genialne, ponadczasowe)? Jaki zespół będzie w stanie nagrać TAKIE albumy w 6 LAT?
Nie wierzę, że jest ktoś czytający tego bloga, co Pink Floyd nie zna. Jeżeli taka zabłąkana owieczka jednak się trafi, to wyżej wymienione 4 albumy są tym dla konesera dobrych dźwięków, czym biblia dla katolików. I basta.
(Teraz w sklepach płyty PF są w bardzo przystępnych cenach - 150 zł i te cztery albumy można mieć w domu. Nie zastanawiałbym się ani chwili)
I może jestem dziwny, sentymentalny etc., ale gdy 2 lipca 2005, około północy polskiego czasu, panowie David Gilmour, Roger Waters, Rick Wright i Nick Mason usiedli za swoimi instrumentami i zaczęli grać, to ja miałem łzy w oczach - jedna z najpiękniejszych chwil w historii. W sumie dobrze, że nie było mnie tam na miejscu, w Londynie. Mogłoby to się źle skończyć ;)
"Pamiętacie jeszcze czasy, kiedy w TVP między programami puszczano teledyski?" - naprawdę tak było? zdecydowanie nie pamiętam takich czasów:(
OdpowiedzUsuńJa pamiętam:)
OdpowiedzUsuńNie wiedziałem, że twoja znajomość z PF zaczęła się w tak fajny sposób.
Moni też zwróciłam na to uwagę. Też nie pamiętam takich czasów! Niesamowite,że tak bylo! A jakie teledyski puszczano? Nawet nie potrafię sobie tego wyobrazic.
OdpowiedzUsuńJa pamiętam doskonale wspomniane "High Hopes" Pink Floyd, było też coś Oldfielda - z drugich Dzwonów i z The Songs Of Distant Earth... Ja wtedy to jakoś muzyką się świadomie nie interesowałem, więc być może reszty nie pamiętam ;) Ale generalnie to były czasy, kiedy nie było takiego chamskiego podziału na komercję-niekomercję i generalnie wszystko trafiało do jednego worka.
OdpowiedzUsuńmiędzy programami puszczali m. in.: gansów ale nie tylko. ja już wtedy zapuszczałem się w rejony dead can dance i pamiętam teledysk the carnival is over przed panoramą! poza tym wyemitowano koncert tiamat na dwójce, a w czad komando - kinsky. moc \m/. rzeczywiście co do podziałów muzycznych to nie były one tak bardzo widoczne, choć do głosu zaczynała już dochodzić moda na poszczególne gatunki...
OdpowiedzUsuń