niedziela, 27 grudnia 2009

Płyta roku 2009

Wiem. Podsumowanie mijającego roku już się pojawiło. Wymieniłem tam w przypadkowej kolejności te płyty, które uważałem za warte uwagi. Które uważałem po prostu za te najlepsze. Zawsze mam wielki problem ze stopniowaniem - wskazaniem, że to jest lepsze od tamtego. W przypadku muzyki szczególnie tego unikam, bo z doświadczenia wiem, że opinia może się dość drastycznie zmienić z czasem. Poza tym ciężko porównywać płyty, które same w sobie różnią się praktycznie wszystkim.

W tym roku jednak zrobię wyjątek.

Ale zanim to nastąpi, to jeszcze parę słów wstępu i ogólnych rozważań. W moim przypadku rok 2009 był dość przełomowy. Mój muzyczny umysł skierował się ku nowym dla mnie rejonom. Nie jest tajemnicą, że jeszcze rok temu wolałem formy bardziej rozbudowane. W ciągu paru miesięcy nastąpiła jednak zmiana - głównie za sprawą różnych koncertów. Zmiana w kierunku uwielbienia form prostych, ale nie banalnych. No i jednak porządny rockowy hałas rządzi. Poczułem autentyczne zmęczenie tymi wszystkimi zespołami, które na siłę rozwlekają swoje utwory, by tak naprawdę stworzyć z tego niestrawną papkę solówek gitarowych, klawiszowych etc. Owszem, parę płyt tego typu w 2009 roku się ukazało i je lubię. Ale to bardziej wyjątki potwierdzające regułę. Stwierdziłem, że muzyka to przede wszystkim moc i radość z jej słuchania. To też radość z obserwowania na scenie ludzi, którzy po prostu wkładają całe serce w swoją muzykę (pamiętamy Editors w Warszawie, nie?) i stawiają na bezpretensjonalność.

No ale koniec już gadania o niczym, czas na płytę roku. Wybór bardzo trudny, ale przemyślany.






Flaming Lips - "Embryonic"


Długo zastanawiałem się, co mam o tej płycie napisać. Gdy próbowałem rozkładać poszczególne jej elementy na czynniki pierwsze, to prędzej czy później dochodziłem i tak do jednego stwierdzenia: doskonałe. Właściwie wszystko na tym albumie jest perfekcyjne. Od samego początku ta płyta ujęła mnie bezkompromisowością: jest zgrzytliwie, hałaśliwie, psychodelicznie, absolutnie nieprzebojowo. Jest zajebiście. Zestawienie cieżkich, momentami transowych brzmień, z ładnymi melodiami i delikatnym wokalem Wayne'a Coyne'a to jedna z najlepszych rzeczy w muzyce ostatnich lat i będę tego stwierdzenia bronił zawzięcie ;)

Ponieważ nic więcej konstruktywnego nie napiszę, to może chociaż 3 argumenty, które dla mnie czynią tę płytę wielką:

1. Produkcja/brzmienie/smaczki - wystarczy posłuchać na dobrych słuchawkach i spróbować rozłożyć sobie te utwory na pojedyncze dźwięki. Kosmos.

2. Utwór "I can be a frog" z gościnnym (telefonicznym) udziałem Karen O - no ja przepraszam, ale jak to słyszę, to za każdym razem banan na twarzy. Ten spontaniczny, radosny śmiech Karen (a zaraz potem załamanie głosu Wayne'a) to podręcznikowy wręcz przykład spontaniczności i szczerości. Czegoś tak uroczego dawno nie słyszałem.

3. Utwór "The sparrow looks up at the machine" - dla mnie utwór roku (choć nie singiel, więc i tak mało kto to słyszał). Niesamowicie transowy podkład z zajebistym basem, gitarowymi zgrzytami i delikatnymi klawiszami. Wokal Wayne'a rewelacja - delikatny, by zaraz potem rozbrzmieć dziwnymi wrzaskami i zaśpiewami. Moment od 2:14 do 2:27 to najlepsze 13 sekund w muzyce anno domini 2009 (zwolnienie, delikatność, dziwny przeciągły metaliczny dźwięk i ponowne wejście perkusyjnego rytmu i basu - M-I-A-Z-G-A).

Koniec już, bo zaraz to będą jakieś ekstatyczne pierdoły, a nie tekst o płycie roku. No ale nic nie poradzę, że po prostu dla mnie nic lepszego w tym roku się nie ukazało. Ciężkie zadanie teraz przed innymi zespołami. Chciałbym za rok napisać w podobnym tonie o jakiejś płycie. Zatem starajcie się, panowie i panie. Macie kolejne 365 dni.

wtorek, 22 grudnia 2009

Them Crooked Vultures live

Niestety nie zapowiedź koncertu w Polsce (a szkoda), ale zawsze coś: koncert z Rockpalast porządnie nagrany i zagrany. Miła alternatywa dla "komórkowych" filmów z YouTube.

Link TUTAJ

poniedziałek, 21 grudnia 2009

The Big Pink - " A Brief History of Love"




Tak to już jest, kiedy człowiek ma otwartą głowę i chłonie wiele nowych rzeczy. Myślałem, że podsumowanie roku 2009 będę miał zamknięte, a tu pojawiła się nowa (dla mnie) płyta, która kompletnie zaburzyła mi koncepcję ;) No ale dzielnie trzeba stawić jej czoła i coś napisać.

Słyszeliście kilkanaście miesięcy temu o The Big Pink? Ja nie. I podejrzewam, że wiele osób nie. No chyba, że jest się na bieżąco kto jaki singiel i kiedy wypuszcza. Mnie się takich rzeczy śledzić nie chce, więc rzadko kiedy mam okazję kibicować debiutantom, by wydali wreszcie swój pierwszy album - zazwyczaj poprzez debiutanckie albumy poznaję kapelę. Nie inaczej było w tym przypadku. Do zapoznania się z The Big Pink skłoniły mnie bardzo pozytywne recenzje z Zachodu. W takich sytuacjach zazwyczaj zapala mi się lampka ostrzegawcza, bowiem wielokrotnie "przejechałem się" na hypie mediów. No ale staram się zawsze wystrzegać uprzedzeń, więc na zasadzie "posłucham, ocenię" dałem The Big Pink szansę.

No i po paru godzinach (!) od pierwszego (!) przesłuchania dzielnie wracałem do domu z płytą w ręku ;)

Co w ogóle gra The Big Pink? Jakoś najłatwiej powiedzieć synth-pop. Generalnie sporo elektroniki, symultanicznej gry zwykłej i elektronicznej perkusji, ładne melodie itp. Ale tak prosto nie jest, bo inaczej skąd te zachwyty... Istotą tej muzyki jest niezwykła dbałość o brzmienie. Wszystko brzmi po prostu czysto, niemal krystalicznie. Każdy najmniejszy elektroniczny dźwięk jest tak perfekcyjnie dobrany, zagrany i wyprodukowany, że chciałoby się go postawić na półce obok wazoników i szklanego słonika ;) Muszę od razu zaznaczyć, że to wcale nie jest jakieś plumkanie. Panom z The Big Pink bliżej jest do shoegaze'u niż do Depeche Mode. W ogóle sporo tam takich przesterowanych dźwięków, pogłosów. Niby cały czas wszystko ładnie, ale w tym drugim dnie jest całkiem miły i zaskakujący pazur.

A same kompozycje? Praktycznie każda mogłaby być singlem. Jest przebojowo, momentami nastrojowo, ale nie nudno. Właśnie - wiele osób zarzuca tej płycie, że poszczególne utwory mało się od siebie różnią i generalnie pod koniec wszystko siada. W pewnym sensie jest to prawda - utwory są spójne brzmieniowo, stylistycznie itp. Z drugiej strony to nie jest jakiś nudny progresywny rock, gdzie wszystko ma się zmieniać co chwilę. Ja naprawdę całości słucham z przyjemnością od początku do końca. No i poza tym: to są przecież debiutanci. Skoro tyle pokazali na pierwszej płycie, to mam nadzieję, że na drugiej i kolejnych, pomysły będą rosły w postępie geometrycznym. Bo o talent jestem spokojny.

Jeżeli ktoś chciałby tej płyty posłuchać, to mała rada: koniecznie słuchać na DOBRYCH słuchawkach. Wierzcie mi, że brzmi rewelacyjnie.

Dla ciekawych/niecierpliwych dwie próbki:






piątek, 18 grudnia 2009

Welcome to the....Pink Floyd

Doskonale pamiętam ten dzień - 29.06.2000. Na Euro 2000 Holandia grała z Włochami. Tego też dnia miał być wyemitowany w TVP1 film "The Wall" Alana Parkera. Widziałem wcześniej w telewizji zapowiedzi i postanowiłem ten film nagrać na kasetę video, bowiem w telewizji był on późnym wieczorem (w końcu po co taki film miałby być o ludzkiej porze?). Całe szczęście, że miałem zwyczaj wykorzystywania kasety w pełni i programując timer zawsze ustawiałem maksymalne przedłużenie nagrywania - w meczu Holandia-Włochy była dogrywka i całą ramówkę diabli wzięli. Film na szczęście był. Godzina opóźnienia spowodowała, że ledwo zmieścił się na kasecie. Ale się udało!

Do czasu obejrzenia "The Wall" nie miałem styczności z muzyką Pink Floyd. Owszem, jak każdy znałem Another Brick In The Wall (Part 2) i pamiętałem teledysk do High Hopes. Właśnie...Pamiętacie jeszcze czasy, kiedy w TVP między programami puszczano teledyski? I to teledyski do świetnej muzyki? No ale koniec dygresji ;) Wracając do Pink Floyd: w mojej świadomości była to tylko nazwa. Nie wiedziałem, że był jakiś Gilmour, Waters, że jakieś Echoes, Ciemna Strona... W domu nie było żadnych płyt ani kaset PF. Zatem chęć obejrzenia "The Wall" była wynikiem czystej ciekawości - w końcu zespół znany, a do tego muzyka (której nie znałem).

Następnego dnia odpaliłem taśmę, obejrzałem film i mnie zamurowało. Nie wiem nawet, co przeważyło - muzyka, obraz, teksty... (film bez lektora, z napisami - tłumaczenie Wojciecha Manna). Może po prostu całokształt. W każdym razie był to pierwszy raz, kiedy Sztuka do mnie trafiła. Ale tak naprawdę trafiła. Wtedy dotarło do mnie, że muzyka może nieść nieprawdopodobną wręcz dawkę emocji i treści. To wszystko było niczym potężny cios w głowę. I wcale nie przesadzam.

Od tego momentu zaczęła się moja fascynacja Pink Floyd. Warto zaznaczyć, że nie miałem wtedy internetu, by móc chociażby coś o zespole poczytać (o posłuchaniu nie wspominając). Nie miałem również nikogo znajomego, żeby pożyczyć jakąś płytę lub kasetę. Co ciekawe, mój ojciec doskonale kojarzył płytę Atom Heart Mother (jego znajomy ze studiów był wielkim fanem i miał winyl) i w tydzień po obejrzeniu filmu kupił mi kompakt z jedną z najlepszych okładek ever. The Wall było dopiero drugim albumem, który miałem. Stopniowo zacząłem zapoznawać się z dyskografią - pamiętam, że kupiłem kasety z Animals, A Momentary Lapse of Reason, The Dark Side of the Moon. Niedługo potem CD The Division Bell, Meddle...

Wsiąkłem bez reszty.

Dlaczego akurat o tym piszę? Bo Pink Floyd jest pierwszym zespołem, w którym po prostu się rozkochałem. I ten związek trwa nieprzerwanie 9 lat ;) Poza tym... Czy można w ogóle kwestionować wielkość tego zespołu? Te wszystkie utwory, płyty? Przecież to JEST jeden z najlepszych zespołów w dziejach muzyki. W sumie to fenomen: teraz tzw. muzyka progresywna uważana jest za niszową, a jeszcze 30 lat temu takie Pink Floyd było w stanie zapełnić stadion niemal stutysięczną publicznością.


Wielka szóstka progresywnego rocka: Pink Floyd, King Crimson, Jethro Tull, Yes, Genesis, Emerson Lake & Palmer - niby ten sam gatunek i każdy inny. I tylko Pink Floyd jestem w stanie słuchać całościowo - tu nie ma tych instrumentalnych popisów, wszystko jest poukładane, żaden dźwięk nie jest przypadkowy. Fenomen.

The Dark Side of the Moon, Wish You Were Here, Animals, The Wall - jaki zespół teraz będzie w stanie nagrać TAKIE albumy (skończone, genialne, ponadczasowe)? Jaki zespół będzie w stanie nagrać TAKIE albumy w 6 LAT?

Nie wierzę, że jest ktoś czytający tego bloga, co Pink Floyd nie zna. Jeżeli taka zabłąkana owieczka jednak się trafi, to wyżej wymienione 4 albumy są tym dla konesera dobrych dźwięków, czym biblia dla katolików. I basta.

(Teraz w sklepach płyty PF są w bardzo przystępnych cenach - 150 zł i te cztery albumy można mieć w domu. Nie zastanawiałbym się ani chwili)


I może jestem dziwny, sentymentalny etc., ale gdy 2 lipca 2005, około północy polskiego czasu, panowie David Gilmour, Roger Waters, Rick Wright i Nick Mason usiedli za swoimi instrumentami i zaczęli grać, to ja miałem łzy w oczach - jedna z najpiękniejszych chwil w historii. W sumie dobrze, że nie było mnie tam na miejscu, w Londynie. Mogłoby to się źle skończyć ;)

wtorek, 15 grudnia 2009

The Beatles - "Abbey Road"




To będzie recenzja z cyklu: "wulgarnie, niewyszukanie, ale szczerze".

Recenzja:

Pomysł na okładkę jest genialny. Wykonanie okładki jest genialne. Tracklista jest genialna. Paul jest genialny. Ringo jest genialny. John jest genialny. George jest genialny. Bas jest genialny. Gitary są genialne. Wokale są genialne. Here Comes The Sun jest genialne. Perkusja jest genialna. Klawisze są genialne. Wszystkie piosenki są genialne.

The Beatles są genialni.


Jedyne, co nie jest genialne, to ta recenzja. Ale przynajmniej jest, do kurwy nędzy, szczera. O. I szatan \m/

[tak na marginesie: ta recenzja powstała dlatego, że dziś tej płyty posłuchałem po dość sporym (jak na mnie) niesłuchaniu. Posłuchałem i genialność, ponadczasowość oraz radość ze słuchania po prostu mnie poraziła. niesamowite]

niedziela, 13 grudnia 2009

Podsumowanie roku 2009

I. Płyty 2009 (kolejność przypadkowa)

1. Proghma-C - "Bar-do Travel"

Bo w Polsce też można grać pokomplikowany metal z elementami elektroniki, który nie jest jednym okiem zapatrzony w Dream Theater (technika), a drugim w Pink Floyd (konstrukcja utworów)

2. Yo La Tengo - "Popular Songs"

Bo fajne są płyty, których się słucha i można się przenieść w fajne lata 60-te

3. Grizzly Bear - "Veckatimest"

Bo nie jest przereklamowane jak Fleet Foxes, a znacznie bardziej mi się podoba

4. Editors - "In This Light and On This Evening"

Bo klawisze, mrok, fajne melodie i zajebisty koncert w Warszawie

5. Air - "Love 2"

Bo lubimy ciepłe i miłe elektroniczne brzmienia, z których wylewa się europejskość i miłość do analogowych syntezatorów

6. Alice In Chains - "Black Gives Way To Blue"

Bo nauczyliśmy się, że AIC to tak naprawdę Jerry Cantrell i zamiast jechać na legendzie, to można nagrać po prostu dobrą płytę

7. Various Artists - "Dark Was The Night"

Bo dwa posty niżej napisałem dlaczego.

8. Marilyn Manson - "The High End Of Low"

Bo zabijamy tak, jak to robią w filmach i biegniemy na kraniec świata. No i to Manson przecież jest.

9. The Horrors - Primary Colours

Bo jest energetycznie, czadowo, momentami fajny oldskul, dobre melodie.

10. Flaming Lips - "Embryonic"

Bo miażdży mnie totalnie.

11. Fever Ray - "Fever Ray"

Bo niesamowicie wciąga klimatem i brzmieniem.

12. The Dead Weather - "Horehound"

Bo jest brud, oldskul, tradycja i zajebiste brzmienie. A Alison jaka zajebista...

13. Mastodon - "Crack The Skye"

Bo (nigdy nie myślałem że to powiem) wystarczy posłuchać singla i wiadomo dlaczego.

14. Muse - "The Resistance"

Bo to ewenement na skalę światową, że czegoś tak niemiłosiernie pretensjonalnego słucha się tak dobrze.

15. Moby - "Wait For Me"

Bo jest smutno (stwierdzenie bez ironii), brzmieniowo retro i raczej marne szanse, by każdy z tych utworów wylądował w jakiejś reklamie.

16. Pati Yang - "Faith, Hope and Fury"

Bo fajnie buja.

17. Pearl Jam - "Backspacer"

Bo radosne, bezpretensjonalne, no i jednak profesjonalizm jest.

18. Soulsavers - "Broken"

Bo sama nazwa projektu i skład mówią dlaczego.

19. Them Crooked Vultures - "Them Crooked Vultures"

Bo się tego zajebiście słucha - ale czy taki skład mógłby stworzyć coś innego?

20. We Fell To Earth - "We Fell To Earth"

Bo rozwaliło na łopatki przy pierwszym kontakcie, bo jeszcze bardziej rozwaliło na koncercie.

Dodatkowo wspominam o: U2, Tides From Nebula, Porcupine Tree, Port-Royal, OSI, Steven Wilson, Made In Poland, Hey - wszyscy wydali swoje płyty w tym roku i są to naprawdę porządne płyty.

II. Rozczarowanie płytowe 2009

Zdecydowanie "Controlling Crowds" (obie części), czyli nowy album grupy Archive

III. Koncert roku

Nine Inch Nails, 23.06.2009, Poznań

IV.

(moje) Koncertowe zaskoczenie

Rachael

V. Koncertowe rozczarowanie

(z wielkim bólem, ale) Air

Podsumowanie roku 2009 - wstęp

Będzie.

Nie będzie natomiast żadnego rankingu. Dla mnie to czysta głupota, bo nie jestem absolutnie żadnym ekspertem w dziedzinie muzyki, by stwierdzić, że ta płyta jest lepsza od tamtej. Ja wiem, że tu chodzi o czysty subiektywizm i zabawę, ale ja mam tak, że jednego dnia czegoś słucha mi się lepiej, a czegoś innego gorzej. Potem jest na odwrót. A jeszcze kiedy indziej nie słucham niczego.

Zatem spodziewajcie się po prostu listy płyt (zapewne w kolejności alfabetycznej), które w tym roku się ukazały i na które zwróciłem uwagę. To będą płyty, które po prostu lubię. Być może z jakimś krótkim uzasadnieniem, być może bez.

\m/

piątek, 11 grudnia 2009

Various Artist - "Dark Was The Night"





Na wstępie chciałem zaznaczyć, że bardzo nie lubię składanek. W większości przypadków są to dla mnie kompletnie niepotrzebne wydawnictwa, które absolutnie nic nowego nie wnoszą do dyskografii artysty/artystów, którzy się tam pojawiają. Owszem, pojawiają się chlubne wyjątki - chociażby różnego rodzaju kolekcje B-sidów, rarytasów. Są też składanki po prostu dobrze ułożone, których słucha się rewelacyjnie - "Lost Highway", czyli soundtrack do filmu Davida Lyncha po prostu wymiata.

Ale nie o tym będzie mowa. Chciałem napisać parę słów na temat składanki, którą uważam za absolutną rewelację, czyli o "Dark Was The Night". Ukazała się ona w połowie roku 2009. Za jej powstanie odpowiada organizacja Red Hot Organization, która ma na celu uświadamianie społeczeństwa w kwestiach dotyczących AIDS i HIV. Jeżeli komuś w tym momencie zapaliła się czerwona lampka, że to kolejny badziew stworzony na szybko w celach charytatywnych, pragnę uspokoić - nic z tych rzeczy. Dlaczego? Oto parę punktów:

1. Dobór artystów.

Żadnego Bono, czy innych zaangażowanych w ratowanie świata nie ma. Są za to reprezentanci współczesnej indie-alternatywnej sceny. Przykłady? Proszę bardzo: Arcade Fire, Beirut, Grizzly Bear, Yo La Tengo, The Decemberists, Dave Sitek z TV On The Radio, Jose Gonzales, Sufjan Stevens, Dirty Projectors, Chronos Quartet... Lubi się, czy nie - nazwiska i nazwy wrażenie robią.

2. Materiał

Zazwyczaj na tego typu składanki trafiają utwory już znane lub pospiesznie nagrane różnego rodzaju protest songi i pieśni zaangażowane. Tu jest zupełnie inaczej. Wszyscy artyści przygotowali i nagrali utwory specjalnie na potrzeby tej płyty. Chwała im za to, że stworzyli kompozycje w swoim stylu. Na dwóch płytach można znaleźć wszystko - od akustycznych brzmień po subtelną elektronikę, po drodze zahaczając o rap, folk i klasyczne indie. Choć wydaje się, że ze spójnością nie ma to nic wspólnego, to jednak utwory są tak kapitalne, iż słucha się tego wszystkiego wyśmienicie. Warto też wspomnieć, że album jest dwupłytowy - 31 utworów, ponad 2 godziny muzyki.

3. Cel

Co by nie mówić - cel wydania tego albumu jest jak najbardziej szlachetny. Dla mnie jednak jest jeszcze jeden powód, który świadczy o wielkości tego wydawnictwa: to tak naprawdę taka współczesna indie-alternatywa w pigułce. Nie jest to może reprezentatywne dla całej sceny, jednak są to zespoły (i wykonawcy), którzy powoli zaczynają rozdawać karty nie mając szans na jakąkolwiek większą promocję, a mimo tego są ropoznawalni i lubiani. No i wydają świetne płyty.

Polecam naprawdę zapoznać się z tą składanką. Od początku do końca słucha się tego wyśmienicie. A że rzecz nie jest droga (ok. 60 zł), to i zakup nie jest złym pomysłem - z jednej strony otrzymujemy dwie płyty pełne świetnej muzyki, z drugiej pieniądze idą na szczytny cel.

P.S. Ostatnio dosyć popularna stała się składanka do kolejnej części filmu "Zmierzch" - sporo osób zachwyca się właśnie doborem artystów i piosenkami. Wierzcie mi: z "Dark Was The Night" nie ma żadnych szans.

Tracklista:

CD 1

1. "Knotty Pine" – Dirty Projectors and David Byrne
2. "Cello Song" – The Books featuring José González
3. "Train Song" – Feist and Ben Gibbard
5. "Deep Blue Sea" – Grizzly Bear
6. "So Far Around the Bend" – The National
7. "Tightrope" – Yeasayer
8. "Feeling Good" – My Brightest Diamond
9. "Dark Was the Night" – Kronos Quartet
10. "I Was Young When I Left Home" – Antony with Bryce Dessner
11. "Big Red Machine" – Justin Vernon and Aaron Dessner
12. "Sleepless" – The Decemberists
13. "Die" – Iron & Wine
14. "Service Bell" – Grizzly Bear and Feist
15. "You Are the Blood" – Sufjan Stevens

CD 2

1. "Well-Alright" – Spoon
2. "Lenin" – Arcade Fire
3. "Mimizan" – Beirut
4. "El Caporal" – My Morning Jacket
5. "Inspiration Information" – Sharon Jones & The Dap-Kings
6. "With a Girl Like You" – Dave Sitek – 3:27
7. "Blood Pt. 2" – Buck 65 Remix (featuring Sufjan Stevens & Serengeti)
8. "Hey, Snow White" – The New Pornographers
9. "Gentle Hour" – Yo La Tengo
10. "Another Saturday" – Stuart Murdoch
11. "Happiness" – Riceboy Sleeps (Jónsi & Alex)
12. "Amazing Grace" – Cat Power and Dirty Delta Blues
13. "The Giant of Illinois" – Andrew Bird
14. "Lua" (Bright Eyes) – Conor Oberst & Gillian Welch
15. "When the Road Runs Out" – Blonde Redhead & Devastations
16. "Love vs. Porn" – Kevin Drew

Air + We Fell To Earth - 10.12.2009, Arena Ursynów, Warszawa

Nie jestem zagorzałym fanem muzyki Air. Przyznam się bez bicia, że nawet nie mam i nie znam wszystkich płyt. Niemniej mam sporo ulubionych dźwięków i piosenek, które naprawdę lubię, także jak pojawiła się informacja o koncercie, to poszedłem spokojnie po bilet.

Zamiast buszować po internecie i sprawdzać setlisty z poprzednich koncertów, wolałem zapoznać się za sprawą myspace'a z zespołem We Fell To Earth, który to miał wystąpić w roli supportu. O We Fell To Earth w dalszej części tekstu.

O godzinie 21 na scenę wyszli panowie z Air i rozpoczęli od utworów z nowej płyty. Przyznam, że byłem ciekaw, jak powietrzna muzyka zabrzmi na żywo. Trochę obawiałem się koncertu "z laptopa" (zwłaszcza, że wiedziałem iż na scenie jest tylko trójka muzyków). Okazało się, że bardzo dużo dźwięków faktycznie jest granych live i że brzmienie Mooga, elektrycznego pianina czy vocodera na żywo jest jednak nie do podrobienia. Nie będę się rozpisywał na temat setlisty - nie lubię gdybać odnośnie tego, co mogli zagrać itp. Myślę, że większość była zadowolona - nowa płyta przecież daje radę, a hiciory też były.

Brzmienie: moim zdaniem całkiem ok. Stałem pośrodku hali, niedaleko akustyków i wszystko słyszałem należycie. Może momentami przydałoby się ciut więcej basu. Ogólnie brzmienie na plus.

Odbiór koncertu: rozczarowanie. Żeby nie było wątpliwości: Air zagrało naprawdę dobrze. Ja jednak z tego koncertu do końca zadowolony nie wyszedłem. Dlaczego? Moim zdaniem wynika to z charakteru tej muzyki. Podejrzewam, że większość (w tym i ja) lubi słuchać Air w konkretnych okolicznościach/miejscu/czasie/towarzystwie. Wtedy ta muzyka naprawdę olśniewa. A na koncercie...na koncercie zabrzmiało to dla mnie strasznie nijako. Gdyby nie trochę mocniejsze i szalone fragmenty (People In The City i przerewelacyjne La Femme d'Argent), całość byłaby strasznie nużąca. A tak ten koncert odebrałem jako godzinę wysublimowanego "elevator music" i 20 minut naprawdę porywającej muzyki. Trochę mało jak za 140 zł.

Ale....


...ten wieczór należy do zdecydowanie udanych za sprawą We Fell To Earth. Na scenie trójka muzyków (w tym jedna z Moich Słabości - pani na basie). Perkusista wyczyniał niesamowite rzeczy na triggerowanych bębnach. Zero popisywania się, za to niesamowite wyczucie rytmu, budowanie napięcia. Rewelacja. Ta muzyka w ogóle to jedna wielka transowość, podbudowana elektroniką, psychodelią, shoegazem... Jedno wiem na pewno: gdziekolwiek w Polsce by nie grali i ile by ten koncert nie kosztował - ja muszę na nim być.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Zapowiedź

Zapowiedź dotyczy nowego blogowego cyklu, który będzie miał iście prostą i zrozumiałą nazwę: "nie ogarniam".

Idea jest bardzo nieskomplikowana: jako uczestnicy życia kulturalnego zauważamy czasem coś, co dla wielu (głównie w mediach i na listach pokroju OLIS) jest fenomenem. Dziełem wybitnym. Zjawiskiem na skalę światową, który odbywa się w klubie dla 50 osób. Może ja jestem dziwny i się nie znam (tak pewnie jest), ale w większości przypadków kompletnie tego pojąć nie mogę. Zachwytów znaczy i wychwalania pod niebiosa (albo pod piekło, jeśli to jakieś szatany).

No a poza tym jestem w 100% Polakiem, a jak Polak nie będzie po czymś/po kimś jechał, to Polakiem pełnym nie będzie :P

Ktoś może się zapytać, po co to wszystko, skoro można pisać o rzeczach dobrych. Good point. Ale czy aby nie jest tak, że rzeczy interesujące zanikają (jeśli chodzi o świadomość), wobec szeroko promowanej i uwielbianej miernoty? Zatem o interesujących rzeczach będzie nadal, a dodatkowo pojazd po tych mniej (moim zdaniem) interesujących.

Jeżeli szanowni czytelnicy mają pomysł na pojazdy, albo sami chcą coś opublikować - chętnie udostępnię miejsca i pomysłów wysłucham.

Joł.

\m/

NIN forever

Kto był, widział i słuchał, ten będzie miał pamiątkę. Kto nie - niech wie co stracił.

Kompilacja 90 nagrań z ostatniej Ostatniej trasy NIN. Maniaków dźwięku w krystalicznej jakości i koncertówek poprawianych w studiu uprzedzam: to jest bootleg.

No ale czy nie wzruszymy się słuchając ostatniego utworu z ostatniego koncertu ostatniej trasy NIN?

LINK -> tutaj

UWAGA. Z racji podejścia Trenta Reznora do nagrywania (zarówno audio i video) koncertów Nine Inch Nails, jak i z racji jego ogólnego podejścia do przemysłu muzycznego, czuję się w pełni rozgrzeszony za umieszczenie linka do torrenta z tymi nagrami.

niedziela, 6 grudnia 2009

Uwaga nr 1

Być może nie jest to miejsce na takie krótkie wpisy, ale ewentualna perspektywa zakładania konta na Twitterze czy innym takim podobnym mnie przeraża.


Przechodząc do meritum...


...Przeczytałem właśnie relację z łódzkiego koncertu Comy sprzed paru dni. Oczywiście mega pochwalną, bo to przecież profesjonalizm pełną gębą. No i doszedłem do przekonania, że jednak Pustki to "mają jaja". Dlaczego? Bo to jedyny zespół, który gra muzykę adekwatną do swojej nazwy i są w tym cholernie konsekwentni. Zatem dla Comy może jakaś nowa nazwa w podchoinkowym prezencie?

piątek, 4 grudnia 2009

Playlista z audycji "Uszami Wyobraźni" - 03.12.2009

Zgodnie z obietnicą, zamieszczam playlistę:

1. Brian Eno - "Third Uncle" (Taking Tiger Mountain By Strategy, 1974)

2. Brian Eno - "King's Lead Heat" (Before And After Science, 1977)

3. Talking Heads - "Pulled Up" (The Name Of This Band Is Talking Heads, 1982/2004)

4. Air - "Missing The Light Of The Day" (Love 2, 2009)

5. Air - "Sexy Boy" (Moon Safari, 1998)

6. Editors - "Eat Raw Meat=Blood Drool" (In This Light and On This Evening, 2009)

7. Editors - "Papillon" (In This Light and On This Evening, 2009)

8. Pink Floyd - "Goodbye Blue Sky" (Is There Anybody Out There - The Wall Live
1980-1981, 2000)

9. Pink Floyd - "Empty Spaces" (Is There Anybody Out There - The Wall Live 1980-1981, 2000)

10. Pink Floyd - "What Shall We Do Now?" (Is There Anybody Out There - The Wall Live 1980-1981, 2000)

11. Them Crooked Vultures - "Dead End Friends" (Them Crooked Vultures, 2009)

12. Them Crooked Vultures - "Elephants" (Them Crooked Vultures, 2009)

13. Electric Light Orchestra - "Mr. Blue Sky" (Out Of The Blue, 1977)

14. Travelling Wilburys - "End Of The Line" (Travelling Wilburys Vol. 1, 1988)

15. The Beatles - "I Am The Walrus" (Magical Mystery Tour, 1967)

16. Goon Moon - "An Autumn That Came Too Soon" (Licker's Last Leg, 2007)

17. Goon Moon - "Every Christian Lion Hearted Man Will Show You" (Licker's Last Leg,
2007)

18. Velvet Underground - "Coyote" (Velvet Redux Live MCMXCIII, 1993)

19. Velvet Underground - "Femme Fatale" (Velvet Redux Live MCMXCIII, 1993)

20. King Crimson - "Starless" (Red, 1974)

Przypadkiem udało się zebrać utwory z 4 dekad... To tylko dowód na to, że w muzyce nieprzerwanie dzieją się rzeczy ważne i powstają dźwięki miłe i radosne ;)

wtorek, 1 grudnia 2009

Radiowy kambek ;)

W ten czwartek, czyli 02.12.2009 o godzinie 21, będę gościnnie prowadził audycję "Uszami Wyobraźni".

Rockowo będzie.


Więc...


......SŁUCHAĆ!

RADIOAKTYWNE.PL

The Vinyl Stitches + The Phantoms - 28.11.2009, Obiekt Znaleziony, Warszawa

Koncerty, koncerty, koncerty... Zazwyczaj zawsze planowałem sobie tego typu wyjścia. Na parę tygodni przed wiedziałem, że dzieje się to i to, i że należy się wybrać. Ostatnio jednak bardzo polubiłem spontaniczne wyjścia na zasadzie "nie znam kapeli, ale może być fajnie, więc idę". Tak było w sumie z Editors, tak było i w przypadku The Vinyl Stitches.

The Vinyl Stitches - co to za kapela? Proszę wejść na ich myspace'a i się zapoznać. Powiem tylko tyle, że są z Londynu i że jest ich trójka. Ale zanim o Winylach, to parę słów o The Phantoms. Oczywiście wcześniej nie słuchałem ich muzyki, ani nie miałem okazji ich widzieć na żywo. Słyszałem jedynie pozytywne opinie znajomych. Muszę przyznać, że kapela wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Wychwytywałem w muzyce The Phantoms od groma odniesień do psychodelicznego, rozimprowizowanego grania z lat 60. Podobają mi się takie klimaty. Na szczególną uwagę zasługiwała instrumentalna improwizacja (zatytułowana "The Phantoms") - Velvet Underground pełną gębą. Nie byłbym jednak sobą, gdyby coś mi się jednak nie podobało ;) Mianowicie: te utwory są za krótkie. Żyjemy w czasach, że albo gra się 3 minuty singlowego badziewia, albo odwala 20-minutowe kolosy, które tak naprawdę są czterema różnymi piosenkami na siłę tworzącymi Wielkie Coś, co zazwyczaj przekłada się na Wielkie Nic. Natomiast The Phantoms mają przeogromny potencjał, by zaszczycić słuchaczy parominutową improwizacją. Wtedy skakałbym ze szczęścia. Niestety (jak dla mnie) kiedy zaczynały się dziać fajne rzeczy, to utwór się kończył. A gdzie grać takie rzeczy, jak nie na koncertach? Mało który zespół potrafi zarejestrować ciekawe improwizacje na płytę (odrębną sprawą jest przecież jeszcze różnica w odbiorze pomiędzy CD a koncertem).

Po The Phantoms sceną zawładnęli The Vinyl Stitches. Na scenie trójka: Claude-claws na gitarze i wokalu, Vinn-sinister na basie i Sam-Bam na perkusji (Tak! Oni mają perkusistkę!). Od pierwszych dźwięków zostałem kupiony. To był rock'n'roll w najczystszej postaci, podlany sosem lat 60 i początku lat 70. Takiej bezpretensjonalności dawno nie widziałem. Utwory przepełnione energią, nogi same chcą skakać. Coś niesamowitego. Do tego dochodzi bardzo fajny kontakt z publicznością. Widać było, że zespół bardzo dobrze się czuje na scenie i ma autentyczną radość z grania. Nie przeszkodził nawet fakt, że Claude'owi wysiadła gitara. Na szczęście została pożyczona kolejna, od The Phantoms. Koncert trwał nadal. Wada? Jest jedna, bardzo istotna. Za krótko. Naprawdę rzadko można coś tak porywającego usłyszeć i człowiek chciałby więcej i więcej. No ale trzeba się zadowolić tym, co było.

To co? Widzimy się na kolejnym koncercie The Vinyl Stitches? Nie widzę sprzeciwu. I bardzo słusznie ;)

Na sam koniec trochę o samym Obiekcie Znalezionym. Miejsce to znajduje się dokładnie pod warszawską Zachętą i na dobrą sprawę jest to kompleks piwnic. Brzmi to może niezbyt ciekawie, ale z piwnicznym wystrojem tak naprawdę wiele wspólnego nie ma: miejsca jest sporo, sporo jest też zakamarków. Ogólnie całkiem przyjemnie, gdyby nie:
1. Fakt, że miejsce na koncerty się nie nadaje, bo....

2. ...panuje tam lansiarstwo.

Rock'n'rollowy koncert w miejscu, gdzie na ten koncert przychodzi może 10% wszystkich ludzi, nie jest dobrym rozwiązaniem. Co niektórzy wpadali na salę, gdzie odbywał się koncert, na zasadzie: "fazy nie czaję, ale przyjdę se poskakać, będzie cool". Niby to jakoś wybitnie nie przeszkadzało, ale pewien dyskomfort pozostał.

Jadłodajnio, wróć ;)