wtorek, 5 stycznia 2010

Brian Eno - Here Come the Warm Jets

Ponieważ zamierzam poświęcić więcej miejsca twórczości Briana Eno, czas na pierwszą odsłonę. Chciałbym napisać parę słów o każdym z jego "rockowych" albumów. Nieprzypadkowo to słowo umieszczam w cudzysłowie, bowiem określenie nie jest precyzyjne. Pod tym określeniem rozumiem wszystkie te albumy, których utwory mają uporządkowaną strukturę, trwają maksymalnie kilka minut i instrumenty stricte rockowe są na równi z różnymi elektronicznymi urządzeniami. Pora zaczynać.




Here Come the Warm Jets (1974)

Album wydany na samym początku 1974, choć nagrany w połowie roku poprzedniego. Jest to pierwszy pełnoprawny solowy album Eno. Warto na początku wspomnieć co nieco o samym powstawaniu tej muzyki i jej nagrywaniu. Po pierwsze: skład. Nazwiska są tu zacne - począwszy od całego składu Roxy Music (z wyłączeniem Briana Ferry'ego), po Johna Wettona i Roberta Frippa.  Po drugie: nagrywanie. Eno z założenia postanowił, by zestawić ze sobą muzyków kompletnie do siebie niepasujących, wywodzących się z innych muzycznych tradycji itp. Uznał, że przypadek i eksperyment sam w sobie, mogą być lepsze od z góry zaplanowanych efektów. Ponadto nigdy nie przekazywał zaproszonym gościom wprost tego, czego od nich oczekuje. Wolał np. zatańczyć. No bo czy taniec też nie może nieść ze sobą treści? Na pewno jest to bardziej oryginalne od "Stary, było nieźle, ale zagraj to raz jeszcze". Kiedy muzycy uporali się z nagraniami, Eno to wszystko po swojemu poprzerabiał do tego stopnia, że końcowy efekt często nie przypominał tego, co każdy z instrumentalistów pierwotnie nagrał. Dodatkowo doszły do tego manipulacje brzmieniami instrumentów, przez co we wkładce czytamy, że jeden z instrumentów to np. snake guitar.

A jaka wyszła z tego muzyka? Od razu chciałoby się powiedzieć: awangardowa. Ale to by było niesprawiedliwe, bo awangarda mimo wszystko kojarzy się z czymś niezbyt przystępnym. Z tej płyty wyszła mieszanka popu, rocka, art rocka, glam rocka, brzmień elektronicznych...i awangardy. Utwór otwierający - "Neddles in the Camel's Eye" - ma naprawdę fajnego kopa. Napędzany jest niemal punkowymi gitarami z solówką w stylu The Shadows. Prawdziwą perłą jest jednak utwór nr 3 - "Baby's on Fire". Nosowy wokal Eno (wiem, że to głupie skojarzenie, ale dla mnie styl śpiewania idealnie wręcz ilustruje glam rockowy blichtr ze wszystkimi kolorowymi strojami, makijażami i homoseksualnymi odpałami), hi-hat wybijający ciągle ten sam rytm, a w 1:28 rozpoczyna się kosmos: Robert Fripp gra taką solówkę, że chyba tylko przez głuchotę recenzentów i słabe muzyczne obeznanie głosujących nie jest ona uwzględniana we wszelakiego typu rankingach gitarowych. Trudno mi powiedzieć, czy zagrana ona była w jednym podejściu. W każdym razie jest w tym tyle rockowej mocy, wirtuozerii i pasji, że ja normalnie padam na kolana. A to dopiero utwór numer 3. Dalej jest niezwykle różnorodnie - bardzo ładne "Cindy Tells Me" sąsiaduje z mega psychodelicznym i odjechanym "Driving Me Backwards". I tak jest do końca. Z jednej strony wygładzone popowe piosenki, z drugiej strony szaleństwo i kakofonia. Dozgonny szacun, że wszystko trzyma się razem po prostu fenomenalnie i nie ma na tej płycie absolutnie żadnego zbędnego dźwięku.

Wielka płyta.

0 komentarze:

Prześlij komentarz