piątek, 12 lutego 2010

Danny Cavanagh + Leafblade - 10.02.2010, No Mercy, Warszawa

Na koncert Danny'ego Cavanagh w ogóle nie czekałem. Nie jestem fanem akustycznej konwencji, poza tym wolę jednak, jak przyjeżdża normalnie cały zespół (wyjątek robię tylko dla Steve'a Hogartha). Zdecydowałem się jednak wybrać do No Mercy, bo w końcu bilety drogie nie były, znajomi też jechali...i w domu siedzieć się nie chciało ;)

Z red. Wojtachem dotarliśmy w okolice No Mercy o godzinie 19. Specjalnie wcześniej, bo nie posiadałem biletu i chciałem mieć pewność, że wejdę. No i oczywiście wcześniejsza godzina miała być spędzona na spożyciu złotego napoju. Plan udał się połowicznie, bowiem drzwi do klubu nie dały się otworzyć i po którejś próbie otworzyła pani i oznajmiła, że wpuszczać będą dopiero o 20 (o tej godzinie planowo miał startować koncert) oraz że biletów nie zabraknie. Zatem zaczęliśmy wypełniać punkt drugi porządku wieczornego, czyli spożycie złocistego trunku (przebiegło w miłej atmosferze i bez przeszkód - to tak gwoli kronikarskiego obowiązku).  Przejdźmy zatem do kwestii już czysto muzycznych.

Na scenie pojawiło się wpierw Leafblade. Miałem okazję słyszeć już ten zespół na żywo (ponad dwa lata temu supportowali Antimatter w Progresji), więc wiedziałem, czego się spodziewać. Zaskoczył mnie skład, bowiem oprócz Seana Jude'a na scenę wszedł Danny C i grali/śpiewali we dwóch. Muzyka Leafblade to dla mnie taki typowy "ogniskowy" folk. Wytworzył się naprawdę przyjemny klimat i było po prostu ładnie. Kilkanaście minut po 21 na scenę wszedł ponownie sam Danny. Zastanawiałem się wcześniej jak zabrzmi muzyka w wykonaniu pana Cavanagh - w końcu  to tylko on + gitara. Po pierwszych dźwiękach już było wiadomo - nie brakuje niczego. Daniel używał różnego rodzaju elektronicznych urządzeń, które służyły do zapętlania dźwięków w czasie rzeczywistym. Świetna sprawa, bo choć dźwięki oszczędne, to jednak kapitalnie sprawdzały się jako podkład. Co było? Oczywiście hity Anathemy: Fragile Dreams, Deep, One Last Goodbye, Lost Control, Are You There?.... Jeśli chodzi o emocje, to w niczym nie ustępowało to koncertom Anathemy - to są po prostu świetne kompozycje. Akustyczna formuła również pasowała do tych rockowych przecież utworów (co zresztą potwierdziła płyta Hindsight). Oprócz tego były covery...I to jakie! Oprócz oczywistych, jak np. Wish You Were Here, pojawiło się "Wasted Years" Iron Maiden, Enjoy the Silence. A na sam koniec 3 "epickie" covery: "High Hopes" Pink Floyd, Stairway to Heaven (wiadomo) i Brothers in Arms (wiadomo). Z racji wspomnianych wcześniej urządzeń, jak i rewelacyjnej formy Danny'ego, daleko było tym wersjom do prostych ogniskowych piosenek na 3 akordy. Przyznam szczerze, że byłem oczarowany.

Podsumowując: świetny kontakt z publicznością, świetny dobór utworów, świetna forma i świetny klimat.

Na minus zaliczam organizację tego w No Mercy. I paradoksalnie nie mam na myśli nagłośnienia, które (o dziwo) było naprawdę dobre. Chodzi o totalną dezinformację - wszędzie napisane, że koncert o 20, a dopiero o tej godzinie wpuszczają do klubu. Poza tym standardowe problemy przy wejściu - wpisywanie ludzi na listę w tym klubie odbywa się chyba randomowo. Na szczęście w miarę rozsądnie daje się wszystko wyjaśnić, ale niesmak pozostaje.

Warto było.

P.s. Danny bardzo zainteresował się moją koszulką Tides from Nebula - obejrzał dokładnie, a potem stwierdził, że jest ona "Sooooooo 70's"

P.s.2. Na moje pokoncertowe pytanie "Kiedy nowa Anathema", dostałem odpowiedź: "Maj".

Czekamy :)

0 komentarze:

Prześlij komentarz