Chyba każdy, kto podejmuje się napisania recenzji czy też opisu jakiejś płyty, natrafia na taki moment, że nie wie co napisać. Nie dlatego, że płyta jest słaba albo nijaka. Dlatego, że płyta od pierwszej do ostatniej minuty jest genialna jako całość. Z płytą "Another Green World" ja mam taki właśnie problem. Mimo wszystko spróbuję trochę napisać.
Ta płyta jest trzecią solową płytą w dorobku Briana Eno. Ukazała się w 1975 roku. Warto przypomnieć, że to był czas, kiedy na mocnych nogach stały już gatunki takie jak pop, hard rock, heavy metal, prog rock, startowała też elektronika. Eno mógł nagrać płytę, która mieściłaby się w ramach któregoś z tych gatunków. Mógł je także wymieszać ze sobą. On jednak postanowił nagrać płytę popową, która jednocześnie popową nie jest. Na tej samej zasadzie jest awangordowa, ale nie jest. Elektroniczna? I tak, i nie. Zatem jaka?
Taka, że recenzent ma problem. Weźmy utwór otwierający - "Sky Saw". Sekcja rytmiczna: Phil Collins na bębnach, Percy Jones i Paul Rudolph na gitarach basowych (tak, dwa basy!!!). John Cale na skrzypcach gra kakofonicznie w stylu Velvet Underground (zaryzykuję stwierdzenie, że nawet lepiej). Eno na przetworzonych gitarach (gitara niczym tytułowa piła...czy ktoś w 1975 myślał o industrialu?) i Eno śpiewa (tekst bardziej mi się kojarzy z jakimś haiku). Nic do siebie nie pasuje, ale tylko na papierze. W tym właśnie wyraża się geniusz Briana - pozorny nieład tworzy w konsekwencji totalnie poukładaną całość. Nie chciałbym powiedzieć, że tak jest do końca, bo dzieje się tu sporo. Chociażby w kolejnym utworze mamy właściwie jazz. Dalej jest motoryczna elektronika, która z jednej strony zapowiada to, co do perfekcji 2-3 lata później doprowadzi Kraftwerk, z drugiej strony totalnie usprawiedliwia berlińską trylogię Bowiego. Warto nadmienić, że to był także czas, kiedy Eno rozpoczął definiowanie stylu, który sam nazwał potem "ambientem". Nie powinno zatem dziwić, że na Another Green World jest sporo dźwiękowych miniatur utrzymanych w niepowtarzalnym, pejzażowym stylu.
No i piosenki. Już na poprzednich albumach Eno udowodnił, że ma niezwykły talent do pisania uroczych, prostych, ale niebanalnych melodii. Powiedzmy sobie szczerze: słuchając takiego "I'll come running" robi się po prostu miło i uroczo. A gdy się jeszcze doda solo Roberta Frippa...
Another Green World to jedna z tych płyt, gdzie po prostu nie da się wyróżnić czegokolwiek. Płyta, gdzie absolutnie każdy element jest na swoim miejscu i tak naprawdę mamy do czynienia z muzyką, a nie instrumentami grającymi muzykę. Stąd ta moja recenzja może zbyt rzetelna nie jest. Chciałbym jednak, by ta recenzja skłoniła chociaż do zapoznania się z tym materiałem. Dla mnie jest to najwybitniejsza płyta 1975 roku obok "Wish You Were Here" Pink Floyd.
11/10

0 komentarze:
Prześlij komentarz