poniedziałek, 15 marca 2010

LoneLady - Nerve Up






Na początek proponuję zabawę w kucharza: bierzemy trochę Joy Division, dodajemy szczyptę New Order, parę ziarenek punku i trzy łyżeczki disco. Całość mieszamy i podajemy na trzech talerzach w kształcie trzech liter: D, I, Y. No i serwetka z wyhaftowanym "indie" też musi się znaleźć. Tak przygotowane i podane danie nazywa się LoneLady.

LoneLady to tak naprawdę Julie Campbell. Pochodzi z miasta, które muzykę ma chyba we krwi - no bo jak inaczej określić Manchester? Właśnie ukazał się jej debiutancki album "Nerve Up". W tym miejscu muszę już stwierdzić, że jest to płyta, od której nie potrafię się uwolnić. Co jest w niej takiego, że chce mi się tego słuchać i słuchać? Kluczem jest jedno słowo: bezpretensjonalność.
Pani Campbell nie udaje, że chce grać tak, a nie inaczej. Nie udaje, że jest świetną instrumentalistką. Nie udaje, że jest niewiadomo jak oryginalna. Ona po prostu usiadła i nagrała rewelacyjną płytę. Warto nadmienić, skąd wcześniej wzmianka o DIY: ona naprawdę niemal samodzielnie przygotowała tę płytę. Zagrała na wszystkich instrumentach (resztę załatwił automat perkusyjny), zajęła się miksem oraz produkcją. Trochę wspomógł ją producencko Guy Fixsen, który na koncie ma chociażby współpracę z My Bloody Valentine.
A sama muzyka? Muzyka to mieszanka punku, popu, dance'u i ogólnie nowej fali. Rozczaruje się ktoś, kto w tym momencie pomyślał, że oto jest kolejna kopia Siouxie czy PJ Harvey. Rozczaruje się ktoś, kto oczekuje od LoneLady przesterowanych gitar, zgiełku, hałasu i czadu. Uwierzycie, że chyba w żadnym utworze gitara nie jest potraktowana efektami? 3 akordy na krzyż, bez przesteru. I melodia. I przebojowość. Prostota aranżacyjna to przeogromny atut tego wydawnictwa, bowiem dzięki temu wszystkie mocne strony "Nerve Up" są jasne: Julie Campbell nagrała ultra przebojową płytę, przy której można poskakać. I nie jest ważne, czy będzie to przedbarjerkowy ścisk na koncercie, czy też parkiet na imprezie - przyjemność z obcowania z tą muzyką będzie zawsze i wszędzie taka sama.

Na "Nerve Up" powoli zaczyna poznawać się świat. New Musical Express przyznał płycie ocenę 9/10, a z każdym dniem pozytywnych recenzji pojawia się więcej. Mam nadzieję, że Julie dalej będzie robić swoje, bo jeśli utrzyma poziom debiutu na koncertach i przyszłych wydawnictwach, to jestem pewien, że będzie o niej głośno. Czego jej osobiście bardzo życzę.

Na koniec recenzji utwór, który od samego początku powalił mnie swoją przebojowością. To tak a propos tej całej przebojowości.  A dla samej płyty.....

.....9/10




0 komentarze:

Prześlij komentarz