Z Laurie Anderson po raz pierwszy zetknąłem się jakieś 7 lat temu, kiedy to usłysasłem płytę "So" Petera Gabriela. Na "So" znajduje się utwór zatytułowany "This Is the Picture (Excellent Birds)", napisany i zaśpiewany wspólnie przez Gabriela i Anderson. Ot tamtego czasu artystka kompletnie dla mnie nie istniała. Teraz mogę powiedzieć, że to był duży błąd.
Dlaczego w ogóle sięgnąłem po ostatni album Anderson, zatytułowany "Homeland"? Zachęciły mnie dobre recenzje. Zdaję sobie sprawę, że często nie jest to dobry argument, bo zwłaszcza ostatnio jest moda na sztuczne promowanie i zachwycanie się. No ale w końcu Laurie Anderson jest uznaną osobą amerykańskiej (i nie tylko) kultury i zdecydowanie nie potrzebuje żadnego hype'u. Do tego warto dołożyć fakt, że to jej pierwsza płyta od niemal dekady (a takie przypadki większość recenzentów traktuje niezwykle krytycznie).
Zanim będzie o typowo muzycznym aspekcie, warto wspomnieć co nieco o genezie powstania albumu. "Homeland" powstało w drodze, a dokładniej rzecz biorąc podczas występów artystki. Jak sama mówi, inspirowały ją miejsca, ludzie. Być może nie każdy wie, ale występy Laurie bardziej przypominają performance niż tradycyjny koncert - zdecydowanie przeważa improwizacja połączona z wizualizacjami, opowieściami i tworzoną ad hoc muzyką. Tak właśnie narodziły się pomysły, które znalazły się ostatecznie na płycie. Ale i do tego droga była daleka, bowiem w studiu ciężko odtworzyć spontaniczność występów, jak i same pomysły, które wtedy się narodziły. Powstało wiele szkiców, strzępków utworów, które trzeba było poukładać i rozwinąć. Wtedy z pomocą przyszedł mąż artystki - Lou Reed. Choć jego wkład w stronę czysto wykonawczą jest niewielki, to jednak jemu można właściwie zawdzięczać to, że ta płyta w ogóle została ukończona. Lou Reed nie jest jedynym zacnym gościem, który pojawia się na płycie. Warto jeszcze wymienić znakomitego saksofonistę Johna Zorna, wokalistę Antony'ego (od Antony and the Johnsons) oraz gościa chyba najbardziej zaskakującego - Kierana Hebdena, bardziej znanego jako Four Tet. Dodatkowo można jeszcze usłyszeć mistrzów gardłowego śpiewu z Tuwy.
Zatem jak w ogóle prezentuje się "Homeland" muzycznie? Wbrew pozorom bardzo intymnie. Praktycznie wszystkie utwory oparte są o elektroniczne plamy wzbogacone dźwiękiem skrzypiec (często elektronicznie przetworzonych) i oczywiście głosem Laurie. O wokalu pani Anderson trzeba w tym miejscu powiedzieć coś więcej: jest zachwycający. Od pierwszego przesłuchania jestem pełen podziwu z jaką łatwością przechodzi od zwykłej mowy, poprzez melodeklamację aż do śpiewu (którego jest w sumie niewiele). Sama barwa głosu też jest ciekawa. Z jednej strony jest słyszalny wiek i doświadczenie, a z drugiej ten głos potrafi brzmieć jakby należał do młodej dziewczyny.
Myślałem długo nad tym, czy wyróżniać szczególnie jakiś utwór, ale raczej się nie da. Wszystkie są bowiem swoistymi opowieściami i każdy ma swój niezaprzeczalny urok.
To w sumie trudna w odbiorze płyta. Trzeba jej poświęcić sporo czasu i raczej nie nadaje się jako ilustracja do np. porannej jazdy do pracy w tłumie ludzi. Jednak kiedy już oswoimy się z tymi dźwiękami, to naprawdę szybko dostrzeże się tę subtelność i niezaprzeczalne piękno. Dla mnie już teraz ścisła czołówka najlepszych płyt 2010 roku.
Dlaczego w ogóle sięgnąłem po ostatni album Anderson, zatytułowany "Homeland"? Zachęciły mnie dobre recenzje. Zdaję sobie sprawę, że często nie jest to dobry argument, bo zwłaszcza ostatnio jest moda na sztuczne promowanie i zachwycanie się. No ale w końcu Laurie Anderson jest uznaną osobą amerykańskiej (i nie tylko) kultury i zdecydowanie nie potrzebuje żadnego hype'u. Do tego warto dołożyć fakt, że to jej pierwsza płyta od niemal dekady (a takie przypadki większość recenzentów traktuje niezwykle krytycznie).
Zanim będzie o typowo muzycznym aspekcie, warto wspomnieć co nieco o genezie powstania albumu. "Homeland" powstało w drodze, a dokładniej rzecz biorąc podczas występów artystki. Jak sama mówi, inspirowały ją miejsca, ludzie. Być może nie każdy wie, ale występy Laurie bardziej przypominają performance niż tradycyjny koncert - zdecydowanie przeważa improwizacja połączona z wizualizacjami, opowieściami i tworzoną ad hoc muzyką. Tak właśnie narodziły się pomysły, które znalazły się ostatecznie na płycie. Ale i do tego droga była daleka, bowiem w studiu ciężko odtworzyć spontaniczność występów, jak i same pomysły, które wtedy się narodziły. Powstało wiele szkiców, strzępków utworów, które trzeba było poukładać i rozwinąć. Wtedy z pomocą przyszedł mąż artystki - Lou Reed. Choć jego wkład w stronę czysto wykonawczą jest niewielki, to jednak jemu można właściwie zawdzięczać to, że ta płyta w ogóle została ukończona. Lou Reed nie jest jedynym zacnym gościem, który pojawia się na płycie. Warto jeszcze wymienić znakomitego saksofonistę Johna Zorna, wokalistę Antony'ego (od Antony and the Johnsons) oraz gościa chyba najbardziej zaskakującego - Kierana Hebdena, bardziej znanego jako Four Tet. Dodatkowo można jeszcze usłyszeć mistrzów gardłowego śpiewu z Tuwy.
Zatem jak w ogóle prezentuje się "Homeland" muzycznie? Wbrew pozorom bardzo intymnie. Praktycznie wszystkie utwory oparte są o elektroniczne plamy wzbogacone dźwiękiem skrzypiec (często elektronicznie przetworzonych) i oczywiście głosem Laurie. O wokalu pani Anderson trzeba w tym miejscu powiedzieć coś więcej: jest zachwycający. Od pierwszego przesłuchania jestem pełen podziwu z jaką łatwością przechodzi od zwykłej mowy, poprzez melodeklamację aż do śpiewu (którego jest w sumie niewiele). Sama barwa głosu też jest ciekawa. Z jednej strony jest słyszalny wiek i doświadczenie, a z drugiej ten głos potrafi brzmieć jakby należał do młodej dziewczyny.
Myślałem długo nad tym, czy wyróżniać szczególnie jakiś utwór, ale raczej się nie da. Wszystkie są bowiem swoistymi opowieściami i każdy ma swój niezaprzeczalny urok.
To w sumie trudna w odbiorze płyta. Trzeba jej poświęcić sporo czasu i raczej nie nadaje się jako ilustracja do np. porannej jazdy do pracy w tłumie ludzi. Jednak kiedy już oswoimy się z tymi dźwiękami, to naprawdę szybko dostrzeże się tę subtelność i niezaprzeczalne piękno. Dla mnie już teraz ścisła czołówka najlepszych płyt 2010 roku.

bardzo niezła płyta. szkoda tylko, że przed faling takie niewiadomo co w postaci(only an expert).
OdpowiedzUsuń