Yeasayer - Odd Blood
Drugi album brooklyńskiego zespołu ucieka trochę od brzmień etnicznych oraz Beach Boysów w buszu i kieruje się w stronę popu. Struktura utworów została uporządkowana, pojawiły się wyraziste refreny no i się zrobiło przebojowo. Potwierdziły to koncerty - aż dwa w tym roku w naszym pięknym kraju. No i co mogę powiedzieć? Jak następnym razem Yeasayer będzie w Polsce, to trzeba iść. A póki co słuchamy Odd Blood.
These New Puritans - Hidden
Oj zrobiła na mnie wrażenie ta płyta. I doprawdy ciężko coś pisać, bowiem muzyka jest niezwykła. Nie jest to rock, nie jest to muzyka etniczna... Czym zatem jest? Dziwną mieszanką wyrazistej sekcji rytmicznej (a właściwie perkusyjnej), akustycznych orientalnych instrumentów, dzięcięcych chórów...Ufff. Jedno z największych zaskoczeń tego roku i jedna z najlepszych płyt ostatnich kilkudziesięciu miesięcy. Koniecznie trzeba posłuchać. Przynajmniej raz. Może OFF w przyszłym roku?
Swans - My Father Will Guide Me Up a Rope to the Sky
Powrócili. Zagrali koncert w Warszawie. I zamietli. I wydali też płytę. Niby nie kopie jak chociażby "The Great Annihilator", ale wciąż jest moc. Jak trzeba - łomot. Jak trzeba - łagodnie i melodyjnie. Dla fanów Swans jazda obowiązkowa (aczkolwiek nie jest to zapewne najlepsza Łabędzia płyta), dla reszty - polecam przynajmniej się zapoznać.
SONOIO - Sonoio
Solowy projekt i zarazem debiut znanego z NIN i Modwheelmood Alessandro Cortiniego. Właściwie EPka, bo muzyki na tym ściśle limitowanym wydawnictwie jest tylko pół godziny. Alessandro przygotował wszystko od początku do końca sam i udowodnił, że zdolny z niego człowiek. Całość jest oczywiście elektroniczna, świetnie wyprodukowana (fajne analogowe i ciepłe brzmienie syntezatorów) i przede wszystkim wpadająca w ucho. Zdecydowanie warto się przyglądać SONOIO. Jedno z najbardziej niespodziewanych zaskoczeń roku 2010
Shearwater - The Golden Archipelago
Gdyby nie OFF, to pewnie bym o tym zespole nie usłyszał. Dzięki festiwalowi mogłem zarówno posłuchać i zakupić płytkę. Powiem tyle: warto. Muzyka na tej płycie totalnie mi się kojarzy z morzem i opowieściami. Jest subtelnie, ale nie nudno. No i panowie grać i śpiewać umieją (perkusista występuje teraz ze Swans)
Serena-Maneesh - Serena-Maneesh #2: Abyss In B Minor
Robyn - Body Talk
Jeśli chodzi o płytę popową, to pani Robyn zmiotła konkurencję. Nie wiem co jest w nardodzie szwedzkim takiego, że mają tak ogromny talent to melodii. I choć Robyn nie ma ani powalającego głosu, a utwory mają naprawdę proste melodie, to całości słucha się rewelacyjnie. Jest pozytywnie, jest energetycznie. Zdaję sobię sprawę, że dla części ta płyta to prezent dla wroga, ale chrzanić to - dobry pop zawsze w cenie i dobrze widziany/słyszany. Body Talk to moja ścisła czołówka tego roku.
PVT - Church With No Magic
Debiut PVT (kiedyś PIVOT) w szeregach wytwórni Warp. Gęste rytmy, żywa perkusja i elektronika. No i wokal, który przywodzi trochę na myśl mrocznego do kwadratu Dave'a Gahana. Dobrze się tego słucha.
Pantha du Prince - Black Noise
Niezwykle przyjmna rzecz. Sporo w tej muzyce jakiś metalicznych stuków, plumkania. Sporo przestrzeni i delikatych beatów. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że to płyta niemal wakacyjna. O ile ktoś lubi rozstawiać leżak w otoczeniu industrialnych i najlepiej opuszczonych hal.
The Orb - Metallic Spheres
Klasycy ambient housu pracują z klasykiem gitary, czyli Davidem Gilmourem. Jedna płyta, dwa niemal półgodzinne utwory. Dla fanów chilloutu rzecz bardzo polecana, dla reszty mniej. No i szkoda trochę, że poziom jakby nie ten w stosunku do rewelacyjnego debiutu The Orb.
The New Pornographers - Together
Barokowy pop w naprawdę niezłym wydaniu. Rozbuchane aranżacje, wpadające w ucho melodie i naprawdę porządne wykonanie. Nie wgniata w ziemię, ale momentami pozwala się od niej oderwać.
Novika - Lovefinder
Novika potwierdziła, że zna się na rzeczy. Potwierdziła też, że w Polsce można robić dobrą taneczną muzykę. Dobra płyta.
The National - High Violet
Jest jakby spokokniej, w porównaniu do płyty poprzedniej. Panowie mają ogromny talent do pisania tych nostalgiczno-smutnych utworów. Z początku jakoś nie odczuwałem rewelacji, ale potem zacząłem nagle i nieświadomie nucić sobie pod nosem kilka utworów. Chyba najlepsza ich płyta do tej pory.
Magnetic Man - Magnetic Man
Chyba pierwsza dubstepowa supergrupa, czyli połączone siły Skreama, Bengi i Artworka. Pojawia się pytanie, czy to dubstep z elementami muzyki klubowej, czy na odwrót. Jakby na to nie patrzeć, powstała rzecz wybitnie na parkiet. Co ciekawe, bardziej podobają mi się utwory z wokalem, niż bez. Magnetic Man nie ryje psychiki tak, jak to mają w zwyczaju klasyczne dubstepowe płyty, ale akurat w tym przypadku to zaleta. Warto się zapoznać.
Liars - Sisterworld
Sisterworld brzmi tak, jakby Syd Barrett zamiast o wesołych gnomach i rowerach zaczął śpiewać o upiornych wiedźmach z ciemnego lasu. Ta płyta niesamowicie wkręca. Potrafi być tajemniczo, potrafi być psychodelicznie, potrafi też być hałaśliwie. Całość jest niesamowicie dopracowana dźwiękowo (podobno na jeden z utworów Liars poświęcili aż rok pracy). Gorąco polecam.
LCD Soundsystem - This Is Happening
Świat się zachwyca, ja może trochę mniej. Niemniej słucha się tego świetnie. Nóżka tupie, a głowa podziwia talent pana Murphy'ego do pisania świetnych piosenek.
Killing Joke - Absolute Dissent
No i zaskoczyło mnie. Jest...hmmm...metalowo, do przodu. I to mi się bardzo podoba. Parę riffów niezmiennie siedzi mi w głowie. Dawno nie słyszałem takiej klasycznie mocnej płyty. Warto wspomnieć, że to powrót oryginalnego składu KJ. Warto (niestety) też wspomnieć, że dzięki organizatorowi, który w słowniku ma wszystkie słowa oprócz "promocja" i "koncert", nie dane nam było usłyszeć tych utworów na żywo, bo bilety się nie sprzedawały. Fail.
Kanye West - My Beautiful Dark Twisted Fantasy
W życiu bym nie pomyślał, że płyta (bądź co bądź) hip hopowa znajdzie się w moim zestawieniu. A jednak. Na początku wrażenia nie robiło wcale. Z czasem natomiast coraz bardziej się wkręcałem i stwierdziłem: "Kurcze, dobre jest". Teraz doszedłem do etapu, że utworu "Runaway" słucham średnio 2 razy dziennie (a utwór 9 minut trwa). A "Monster" ma zwrotkę roku. Dobra ta płyta. Świetnie posklejane dźwięki, milion ficzeringów. Słychać klasę. Niech będzie...Genialna rzecz.
Junip - Fields
Niby Jose Gonzales, niby nadal smęci swoim głosem, niby nadal brzdąkanie na gitarze, ale 1. to zespół, 2. są klawisze i perkusja 3. jest żwawo 4. jest momentami psychodelicznie 5. Jest fajnie.
Igor Boxx - Breslau
Połowa naszej narodowej dumy i jednocześnie połowa naszych ludzi w Ninja Tune, czyli Igor Pudło ze Skalpela postanawia dźwiękowo opowiedzieć historię Wrocławia z czasów II Wojny Światowej. Taka zapowiedź może przestraszyć i przywodzi na myśl 743523898 ilustrację muzyczną (koniecznie nowoczesną) Powstania Warszawskiego. Na szczęście pan Boxx zna się na rzeczy i słów tam nie ma. Jest muzyka. A właściwie poskładane w muzykę dźwięki ze starych winyli. Rewelacyjna mieszanka nowoczesnych rytmów i jazzu. Pietyzm, z jakim to jest wykonane, za każdym razem budzi mój autentyczny podziw. Bez dwóch zdań polska płyta roku.
How To Destroy Angels - How To Destroy Angels
Nowy projekt Trenta Reznora, ale tym razem z żoną i Atticussem Rossem. Od razu powiem, że głos żony mnie kompletnie nie kręci i nie rusza, ale w połączeniu z Reznorowymi zgrzytami, beatami i rzężeniem gitary brzmi dobrze. Niby liczyłem na jakieś odstępstwo od NINowego brzmienia, ale Trenta nigdy za wiele, więc ok. Poza tym to tylko EPka (za darmo do ściągnięcia). W 2011 ma być pełnoprawny album. Zobaczymy co z tego wyjdzie.
Hot Chip - One Life Stand
Nie bardzo wiem, co mam o tej płycie elokwentnie napisać, bo wystarczy podać hasła: przebojowo, pop, beat, emotronica (musiałem - to z wikipedii i niby określa Hot Chip) i mega zajebisty One Life Stand (utwór - ale płyta też tak się nazywa...i też jest zajebista)
Holy Fuck - Latin
Nie jestem wyznawcą Bradforda Coxa, ale złapałem się na tym, że bardzo pasuje mi jego muzyka. Na tej płycie jest jakby więcej inspiracji latami 60-tymi, Velvet Underground. Bardzo dobrze mi się tego słucha i z czystym sumieniem polecam.
Trent Reznor and Atticuss Ross - The Social Network
Elektronicznie plus żywe bębny i żywy bas. Kręci bardzo.
Gorillaz - Plastic Beach
Na początku kompletnie mi się to nie podobało, bo za dużo hip hopu, a za mało Albarnowego luzactwa. Z czasem jednak się odwróciło i proporcje zrobiły się właściwe. A płyta mi się bardzo spodobała. Dobrze się słucha, fajnie buja.
Gonjasufi - A Sufi And A Killer
Goldfrapp - Head FirstŁolaboga. Za pierwszym przesłuchaniem jedno wielkie WTF. Potem zaczęło się ogarnianie. No i ten dziad z pomocą Gaslamp Killera i Flying Lotusa stworzył totalnie odjechaną płytę. Co z tego, że śpiewać nie umie, skoro jest zajebiście? Psychodelia, garażowe brzmienia, hip hopy, elektronika... Choć ostatnio słucham tej płyty dość rzadko, to jednak bez dwóch zdań jest to jedno z dwóch największych "odkryć" tego roku.
O O O, aj gat e raket! To właściwie powinno starczyć, no ale niech będzie więcej: lata 80-te pełną gębą. Jedna z tych płyt, gdzie człowiek zerka do książeczki i patrzy na rok wydania. Goldrapp wyszło z leśnej chaty, zostawiło folk i wróciło na parkiet. 30 lat temu.
Four Tet - Ther Is Love in You
Pan Hebden wraca wielką płytą. Świetnie poklejone sample wokalne, wkręcające bity. Fajnie się tego słucha.
Flying Lotus - Cosmogramma
Na dobrą sprawę trzeba tej płyty posłuchać dobre kilkanaście razy, by wszystko ogarnąć. Niesamowicie pokręcona elektonika z naleciałościami jazzowymi. Momentami jazda bez trzymanki i niesamowita muzyczna erudycja.
Deerhunter - Halcyon Digest
Nie jestem wyznawcą Bradforda Coxa, ale złapałem się na tym, że bardzo pasuje mi jego muzyka. Na tej płycie jest jakby więcej inspiracji latami 60-tymi, Velvet Underground. Bardzo dobrze mi się tego słucha i z czystym sumieniem polecam.
The Dead Weather - Sea of Cowards
Druga płyta i druga dobra. Brzmienie niby bardziej klarowne, ale z drugiej strony jest surowo. W sumie ciężko mi powiedzieć, czy wolę debiut, czy Sea of Cowards. Obie dobre. Czekamy na więcej.
Bryan Ferry - Olympia
Naczelny stylowy nudziarz powraca pierwszą od 8 lat płytą z autorskim materiałem. Ilością ficzeringów ustępuje tylko Kanye Westowi, bo kto się może pochwalić, że na jego płycie (jednej) grają Groove Armada, Scissors Sisters, Nile Rodgers, David Gilmour, Johnny Greenwood z Radiohead, muzycy Roxy Music z Brianem Eno i Philem Manzanerą na czele? Jest stylowo, ale i nowocześnie (choć bez przesady). Do posłuchania wieczorem i koniecznie w dobrym towarzystwie ;)
Broken Social Scene - Forgiveness Rock Record
Powrócili po 5-cio letniej przerwie nagraniowej. I powrócili z klasą. Płyta jest długa (godzina z kawałkiem), ma dużo utworów (14) i słucha się się jej świetnie. Jest werwa, jest przebojowość, a gdzie trzeba - jest zaduma i spokój. Mnie na tej płycie wystarczy All to All - świetny numer.
Broken Bells - Broken Bells
To jest pop jaki lubię. Sporo gitary akustycznej, świetne melodie, świetna produkcja. Zdarza się, że jest podniośle, ale nie przekracza to w żadnym razie granicy ckliwości. Oby więcej takich płyt było.
The Brian Jonestown Massacre - Who Killed Sgt. Pepper
Potwierdzili, że znają się na psychodelii. Pokazali, że znają się na przebojowości. Pokazali, że umieją skopiować Joy Division. Pokazali, że znają islandzki i rosyjski. A zresztą lets go fucking mental i tyle.
Brian Eno - Small Craft on a Milk Sea
Oj trzeba się było naczekać na nowe wydawnictwo Eno. Zwiastuny zapowiadały odjechaną, zgrzytliwą jazdę. Płyta pokazała, że mistrz Brian świetnie się czuję w tworzeniu soundtracków do nieistniejących filmów. Bywa delikatnie, bywa ciut mocniej. Eno w formie, Eno mistrz. Postawić pomnik w Świebodzinie. Tak, wyższy.
Belle and Sebastian - Belle and Sebastian Write about Love
Napiszę tylko tyle: mam cholerną słabość do tego oldskulowego, niewinnego brzmienia, wokalu, klawiszy. Te utwory niszczą, a duet z Norah Jones wymiata. Rzekłem.
Autechre - Oversteps/Move of Ten
Aż dwa wydawnictwa panowie przygotowali. Pierwsze - klasyczne Autechre, czyli w sumie sporo osób nie wie, o co chodzi, ale jest fajnie. Jak zwykle pokomplikowane i połamane rytmy plus ciągoty ambientowe. Płyta druga to w sumie to samo, ale z beatem i bardziej da się słuchać. I nie ma w tym żadnej ironii. Dwa solidne i dobre wydawnictwa
Ariel Pink's Haunted Graffiti - Before Today
Oldskul pełną gębą. Jest nawet i surf rock. I chamskie disco w stylu gorączki sobotniej nocy. W dodatku brzmienie lo-fi. Szaleństwa w tym mnóstwo i dużo pozytywnej energii. Jedno z ciekawszych wydawnictw 2010 roku.
Arcade Fire - The Suburbs
Chyba jedyny zespół tzw. indie, na którego kolejne płyty czekałem od momentu debiutanckiego Funeral. Kanadyjczycy tym razem jakby bardziej dojrzali. Aranżacje wydają się być mniej rozbuchane, a muzyka dość mocno czerpie z amerykańskiej tradycji. Parę utworów to bezapelacyjni kandydaci do miana utworów roku.
Archie Bronson Outfit - Coconut
Moje (zapewnie nie tylko moje) odkrycie OFF Festivalu 2010. Panowie dali wtedy fenomenalny koncert i dzięki temu ich dwa albumy są w mojej kolekcji (w tym Coconut z 2010 roku). Psychodelicznie, hałaśliwie, melodycznie i chyba nie do końca poważnie. Ale za to cały czas fajnie.
Charlotte Gainsbourg - IRM
Trzeba przyznać, że pani Charlotte umie sobie dobrać współpracowników. Na swojej drugiej płycie (ale pierwszej dorosłej) zaprosiła do współpracy Air, a na najnowszym wydawnictwie hula Beck. I to słychać. Zniknęły pościelowe dźwięki francuskiego Powietrza, pojawiło się za to beckowe szaleństwo. Ale też jest sporo ukłonów w stronę francuskiej tradycji muzyki popowej. Ścisła czołówka 2010 roku.
Trent Reznor and Atticuss Ross - The Social Network
Rewelacyjna muzyka do rewelacyjnego filmu. Jeden z niewielu soundtracków, którego dobrze się słucha w oderwaniu od filmu. Parę utworów zasługuje na miano genialnych, a gdyby wydane to zostało pod szyldem NIN, to pewnie uznałbym to za jedno z najlepszych wydawnictw Gwoździ.
Janelle Monáe - The ArchAndroid
Wow. Łatwość, z jaką tę młodę dziewczę porusza się po takich gatunkach jak soul, funk, r'n'b, pop, muzyka bigbandowa jest wprost niesamowita. Rewelacyjna płyta, w której szacunek dla czarnej (i nie tylko) muzyki miesza się z nowoczesnością i przebojowością. Bez dwóch zdań DEBIUT ROKU i odkrycie roku numer dwa.











































przekonałeś mnie do przesłuchania liars i pantha, w pierwszym przypadku, że od lowerków i wesołych gnomów wolą wiedźmy, a w drugim zwłaszcza tym leżakiem z fabryką w tle - czuję zapach prądu. chamskie disko ariel pink's haunted graffiti - wtf? podoba mnie się;] po kilku przesłuchaniach boxxa i wiedzy o koronkowej pracy nad breslau nie podzielam jednak zachwytu nad płytą. zdecydowanie wolę skalpel. k. west ssie i za chwilę będzie zasysał jeszcze bardziej. ale okładki i teledyski namalowano mu z gracją. może to tak zmyla wszystkich. mi się nie chce nabierać na sample i jeden psychodeliczny klawisz (np. w runaway). o kieranie i jego elektronicznej wylęgarni tylko tyle!? mnie rozwala angel echoes - szkoda trochę, że na całej płycie brakuje trochę takiego samego zaangażowania wokalnego i zabaw z głosem co w tym utworze. ale i tak jest nietuzinkowo. aha, następnym razem w podsumowaniu proszę uwzględnić immolation (o ile chorda wyda płytę ad. 2011) - chłopaki tyle razy krzyżowali i zdejmowali pana jezusa, że wreszcie wypadało by to dostrzec;)
OdpowiedzUsuń na zawszew ogóle forma w jakiej utrzymany jest post mi odpowiada. i dobrze, że to nie ranking od 1 do 30 miejsca. to eliminuje przypadkowo ulokowane pozycje. fajna robota, kurde z 15 kapel na oczy i uszy wcześniej nie widziałem/słyszałem. a twoje noty o nich odpowiednio zwięzłe i na temat. szacuneczek;]
Genialny blog, genialne plyty, jeszcze sie odezwe:)Sonoio
OdpowiedzUsuń na zawsze