poniedziałek, 9 maja 2011

Kiedy człowiek długo nie pisze nic na blogu...

...to nawet jak już chce napisać, to nie wie o czym. Sam myślałem, żeby zacząć od jakiejś recenzji (albo i dwóch - jak szaleć, to szaleć), ale mi przeszło. Zatem poniższa notka będzie zbiorem luźnych komentarzy i opinii. Może to potem będzie rozwinięte, ale póki co trzeba się cieszyć tym, co jest.

1. Spojrzałem na swoje podsumowanie (plus suplement) roku 2010 i znowu przypałętała się do mnie Myśl. Myśl ta właściwie uczepiła się mnie jakiś rok wcześniej. I nie chce puścić. Proszę państwa, oto Myśl:

Do tej pory nie udało mi się posłuchać płyty, która od "Embryonic" Flaming Lips jest:
- lepsza
- nowsza

Nie oznacza to, że od czasów "Embryonic" nie pojawiło się nic fenomenalnego, czy też wartego uwagi. Pojawiło się sporo. Ale nic nie wywarło na mnie takiego wrażenia. Nawet dziś, podczas urokliwego spaceru w towarzystwie spalin ulicy Puławskiej, słuchałem sobie Flaming Lips i kurcze... Powala mnie to tak samo, jak za pierwszym razem, za drugim, piątym, dziesiątym...I pewnie będzie powalać nadal.

P.S. Jakby ktoś po przeczytaniu powyższej refleksji chciałby mi polecać rzeczy fenomenalne i (rzekomo) lepsze od flamingów, to ja grzecznie podziękuję. Bo ja lubię po swojemu, lubię się nie spieszyć i lubię, jak coś się najpierw w głowie poukłada. Beatlesi czekali 24 lata.

P.S.2. Nie Kanye, ty też nie jesteś tak fenomenalny.

2. Pierwszą płytą wydaną w 2011 roku, którą kupiłem, jest "21" Adele. Tak przynajmniej twierdzi nieoceniony Rate Your Music. I pewnie gromy się posypią...

3. ...No bo komercja, radio friendly, sentymentalne, ugrzecznione, top Empiku i nie ma dubstepu. Ale co poradzę, że ta pani ma kawał głosu i te utwory mnie po prostu ruszają?

4. A PJ Harvey zatrzęsła Anglią. Przyznam się bez bicia: nigdy nie byłem jej fanem, nigdy nie rozumiałem jej fenomenu. I pewnie nadal bym nie rozumiał, gdyby nie "Let England Shake". Płyta podeszła mi totalnie - świetnie napisana, zagrana i zaśpiewana (naturalne brzmienia, pogłosy i stare kościoły jako studia nagraniowe - jestem na tak). Raczej murowana pierwsza dziesiątka top 2011. Chociaż chciałbym, żeby z niej wypadła, bo to by oznaczało, że się dzieje (patrzy z nadzieją i wyczekiwaniem na pkt. 1)

5. A w ogóle to taki mały pojedynek jest. Bo z jednej strony mamy Jamesa Blake'a z jego szkicami, głosem i ascetyczną elektroniką (plus "Wilhelm's Scream" w reklamie jakiegoś serialu na tefałenie, ale to było 2 miesiące temu  i widziałem raz [reklamę, nie serial]. I pewnie już i tak nie ma). A z drugiej strony Jamie Woon - w sumie podobnie, ale żwawiej, bardziej piosenki i r'n'b. No i, skubaniec, ma Buriala w 3 utworach na płycie. W sumie nie wiem, który podoba mi się bardziej. Generalnie obaj są w formie i ja trzymam kciuki oraz czekam na więcej. Kiedyś tam. I nawet może lepiej będzie?

6. Skoro było wcześniej o kupowaniu płyt... Stałem się przesadnie komercyjny, bo większość tego, co mnie interesuje, mogę dostać normalnie w polskich sklepach bez konieczności zamawiania w internecie. Tylko dlaczego, na litość boską, sklepy zalewają w ilościach hurtowych płyty w wersji "Zagraniczna płyta-polska cena" i dlaczego tak ciężko dostać normalne wydanie?

Zagraniczna płyta - chujowe wydanie. Tak powinna się ta akcja nazywać.

7. Koncert Rogera Watersa, podczas którego odegrał (właściwie to wystawił) całe "The Wall",  to był mój koncert życia

8. Dzień później był był koncert Belle&Sebastian, który dla wielu wczesnogimnazjalnych hipsterów był zapewne koncertem życia. I zupełnie poważnie powiem, że koncert był naprawdę bardzo fajny i kto nie był, niech jednak żałuje.

9. Ale nie tak bardzo, jak Rogera Watersa.

10. Potem było jeszcze parę fajnych koncertów. Parę fajnych dopiero nie będzie. A jednego nie będzie.

11. Dziś chyba rozdają Fryderyki. Nie wiem, kto jest nominowany, nie wiem kto wygra. A przepraszam, wiem. Fryderyka w kategorii "Jestem polskim artystą, który od lat nie nagrał dobrej płyty, jedzie na legendzie i się non stop ośmiesza, bo nie umie zrobić swojej własnej strony i obsługiwać fan page'a na FB" dostaje Kazik. Synowa już ogarnia FB, by móc zbierać pochwały i gratulacje, a reklamy Google'a zacierają bitowe łapki.

12. A dla uspokojenia polecam posłuchać Swarms. Za niecałe 30 zł (wraz z przesyłką z USA) można nabyć płytkę. Można też posłuchać online. Gdzie? A TU

13. Mówią, że trzynastka pechowa. Nie wiem, nie sprawdzałem. Ale z różnych powodów to koniec tej notki.

0 komentarze:

Prześlij komentarz