czwartek, 26 maja 2011

666...

...and counting.

Tyle się tego uzbierało przez około 16 lat. Co ciekawe mogę tylko przypisać numerycznie trzy płyty:

1. Płyta numer jeden - Electric Light Orchestra "Greatest Hits vol. 2". Pierwsza płyta, którą kupiłem w życiu świadomie z uzbieranych pieniędzy. Tak prawdę mówiąc, to nie pamiętam skąd te pieniądze się wzięły, bo w 1995 kompakty były drogie. W każdym razie słucham do dziś. Nie tylko z sentymentu.

2. Płyta numer 500 - tu akurat (dzięki RYM) zakup był kontrolowany ;) A Place To Bury Strangers "Exploding Head" na koncercie w Powiększeniu w maju 2010

3. Płyta numer 666 - dziś. Austra "Feel it Break"

Następny wpis tego typu przy okazji kolejnej szczególnej liczby. Ale nie wiem jakiej ;)

Jakaś tam część 666:


A tu druga część 666:



Niektórzy chcieli zobaczyć ;)

poniedziałek, 9 maja 2011

Kiedy człowiek długo nie pisze nic na blogu...

...to nawet jak już chce napisać, to nie wie o czym. Sam myślałem, żeby zacząć od jakiejś recenzji (albo i dwóch - jak szaleć, to szaleć), ale mi przeszło. Zatem poniższa notka będzie zbiorem luźnych komentarzy i opinii. Może to potem będzie rozwinięte, ale póki co trzeba się cieszyć tym, co jest.

1. Spojrzałem na swoje podsumowanie (plus suplement) roku 2010 i znowu przypałętała się do mnie Myśl. Myśl ta właściwie uczepiła się mnie jakiś rok wcześniej. I nie chce puścić. Proszę państwa, oto Myśl:

Do tej pory nie udało mi się posłuchać płyty, która od "Embryonic" Flaming Lips jest:
- lepsza
- nowsza

Nie oznacza to, że od czasów "Embryonic" nie pojawiło się nic fenomenalnego, czy też wartego uwagi. Pojawiło się sporo. Ale nic nie wywarło na mnie takiego wrażenia. Nawet dziś, podczas urokliwego spaceru w towarzystwie spalin ulicy Puławskiej, słuchałem sobie Flaming Lips i kurcze... Powala mnie to tak samo, jak za pierwszym razem, za drugim, piątym, dziesiątym...I pewnie będzie powalać nadal.

P.S. Jakby ktoś po przeczytaniu powyższej refleksji chciałby mi polecać rzeczy fenomenalne i (rzekomo) lepsze od flamingów, to ja grzecznie podziękuję. Bo ja lubię po swojemu, lubię się nie spieszyć i lubię, jak coś się najpierw w głowie poukłada. Beatlesi czekali 24 lata.

P.S.2. Nie Kanye, ty też nie jesteś tak fenomenalny.

2. Pierwszą płytą wydaną w 2011 roku, którą kupiłem, jest "21" Adele. Tak przynajmniej twierdzi nieoceniony Rate Your Music. I pewnie gromy się posypią...

3. ...No bo komercja, radio friendly, sentymentalne, ugrzecznione, top Empiku i nie ma dubstepu. Ale co poradzę, że ta pani ma kawał głosu i te utwory mnie po prostu ruszają?

4. A PJ Harvey zatrzęsła Anglią. Przyznam się bez bicia: nigdy nie byłem jej fanem, nigdy nie rozumiałem jej fenomenu. I pewnie nadal bym nie rozumiał, gdyby nie "Let England Shake". Płyta podeszła mi totalnie - świetnie napisana, zagrana i zaśpiewana (naturalne brzmienia, pogłosy i stare kościoły jako studia nagraniowe - jestem na tak). Raczej murowana pierwsza dziesiątka top 2011. Chociaż chciałbym, żeby z niej wypadła, bo to by oznaczało, że się dzieje (patrzy z nadzieją i wyczekiwaniem na pkt. 1)

5. A w ogóle to taki mały pojedynek jest. Bo z jednej strony mamy Jamesa Blake'a z jego szkicami, głosem i ascetyczną elektroniką (plus "Wilhelm's Scream" w reklamie jakiegoś serialu na tefałenie, ale to było 2 miesiące temu  i widziałem raz [reklamę, nie serial]. I pewnie już i tak nie ma). A z drugiej strony Jamie Woon - w sumie podobnie, ale żwawiej, bardziej piosenki i r'n'b. No i, skubaniec, ma Buriala w 3 utworach na płycie. W sumie nie wiem, który podoba mi się bardziej. Generalnie obaj są w formie i ja trzymam kciuki oraz czekam na więcej. Kiedyś tam. I nawet może lepiej będzie?

6. Skoro było wcześniej o kupowaniu płyt... Stałem się przesadnie komercyjny, bo większość tego, co mnie interesuje, mogę dostać normalnie w polskich sklepach bez konieczności zamawiania w internecie. Tylko dlaczego, na litość boską, sklepy zalewają w ilościach hurtowych płyty w wersji "Zagraniczna płyta-polska cena" i dlaczego tak ciężko dostać normalne wydanie?

Zagraniczna płyta - chujowe wydanie. Tak powinna się ta akcja nazywać.

7. Koncert Rogera Watersa, podczas którego odegrał (właściwie to wystawił) całe "The Wall",  to był mój koncert życia

8. Dzień później był był koncert Belle&Sebastian, który dla wielu wczesnogimnazjalnych hipsterów był zapewne koncertem życia. I zupełnie poważnie powiem, że koncert był naprawdę bardzo fajny i kto nie był, niech jednak żałuje.

9. Ale nie tak bardzo, jak Rogera Watersa.

10. Potem było jeszcze parę fajnych koncertów. Parę fajnych dopiero nie będzie. A jednego nie będzie.

11. Dziś chyba rozdają Fryderyki. Nie wiem, kto jest nominowany, nie wiem kto wygra. A przepraszam, wiem. Fryderyka w kategorii "Jestem polskim artystą, który od lat nie nagrał dobrej płyty, jedzie na legendzie i się non stop ośmiesza, bo nie umie zrobić swojej własnej strony i obsługiwać fan page'a na FB" dostaje Kazik. Synowa już ogarnia FB, by móc zbierać pochwały i gratulacje, a reklamy Google'a zacierają bitowe łapki.

12. A dla uspokojenia polecam posłuchać Swarms. Za niecałe 30 zł (wraz z przesyłką z USA) można nabyć płytkę. Można też posłuchać online. Gdzie? A TU

13. Mówią, że trzynastka pechowa. Nie wiem, nie sprawdzałem. Ale z różnych powodów to koniec tej notki.

piątek, 14 stycznia 2011

Podsumowanie 2010 - suplement

Okazuje się, że:

1. Blogger ma jednak ograniczoną długość postów
2. Człowiek czasami zawodną pamięć ma i nie ogarnia


Zatem poniżej to, co się nie zmieściło w poprzednim poście. Również to, o czym w poprzednim poście zapomniałem. I to, co mi przyszło do głowy dopiero teraz. Na początek suplement płytowy




Grabek - 8

Na to czekałem. Płyta wydaje się być bardziej poukładana, dopracowana i przemyślana. Z ambientem, z którym Wojtek Grabek przynajmniej w części jest kojarzony, ta muzyka ma już niewiele wspólnego. I dobrze - przesunięcie akcentu na beat i elektronikę (nawet trochę kosztem skrzypiec) wyszło tym utworom na dobre. Szczerze polecam, a już wkrótce pełna recenzja na blogu. Proszę trzymać rękę na pulsie ;)




Blindead - Affliction XXIX II MXMVI

Rzutem na taśmę, bo tę płytę usłyszałem już w nowym, 2011 roku. Ale musi się pojawić w zestawieniu - moim zdaniem jest to jedna z najlepszych polskich płyt ostatnich lat. Panom z Blindead udało się połączyć ciężar i lekkość, przestrzeń z muzyczną duchotą. Naprawdę świetnie zagrana i zaśpiewana muzyka. I dobrze napisana. W pięknym digibooku nawet znajduje się krótkie opowiadanie, będące rozwinięciem treści płyty.




The Dillinger Escape Plan - Option Paralysis


Panowie z DEP są w formie. Nowy perkusista wymiata, a Greg Pucciato jak zwykle daje wszystko z siebie. Muzycznie niby tak samo, ale chyba więcej łagodniejszych fragmentów i łagodniejszego śpiewu. No i nawet Mike Garson (mistrz) dołożył swoje fortepianowe grosze, dzięki czemu w jednym utworze zrobiło się lekko jazzowo i bardzo fajnie. Polecam przynajmniej raz wziąć w łapki digipack edycji limitowanej, bo to istne puzzle ;)


No i to tyle, jeśli chodzi o płyty z 2010 roku. Jeżeli coś mi się za jakiś czas przypomni, albo poznam coś, czego w zeszłym roku z różnych przyczyn nie słyszałem, to wzmianka na blogu w takiej, czy innej formie będzie. Ale musi to być naprawdę coś dobrego ;)

Oczywiście proszę nie zapominać o płytach, których recenzje pojawiły się już na blogu w ciągu roku 2010 - to naprawdę dobre płyty!


***


Jak wiadomo, rok w muzyce to też koncerty. Nie przypominam sobie koncertu, który jakoś szczególnie by mnie rozczarował. Niestety mam też problem z wybraniem koncertu najlepszego - na szczęście nie z powodu deficytu dobrych koncertów ;) Właściwie do 10 grudnia wszystko było jasne i nazywało się Flaming Lips. Nie da się opisywać wrażeń z tego koncertu - to trzeba po prostu przeżyć i nie zadowalać się żadnym jutubem. 10 grudnia w Warszawie zagrali Swans (po kilkunastoletniej przerwie w działalności) i zniszczyli totalnie. A 18 grudnia (i również w Warszawie) zagrał Ulver, Fennesz, Blindead i Proghma-C. I ten koncert też zniszczył.
Generalnie sporo koncertów udało mi się zobaczyć w tym roku i niestety trochę się to wszystko zlewa. W porównaniu z wydarzeniami opisanymi wcześniej, były to koncerty o znacznie znacznie znacznie mniejszej sile rażenia. Co nie znaczy, że złe - po prostu dobre, bardzo dobre, ale jedne z wielu.

Muszę też wspomnieć o świetnym OFF Festivalu (dzięki któremu miałem okazję poznać i doznać Archie Bronson Outfit) - wystarczyłoby Flaming Lips, ale działo się też wiele innych fajnych rzeczy. Oby tak dalej i oby została Dolina Trzech Stawów, bo to bardzo sympatyczne miejsce.


***

No i to tyle. Czas już zamknąć 2010 rok i czekać na to, co ciekawego się wydarzy w 2011. Sobie życzę znacznie znacznie częstszych wpisów, a wszystkim życzę dobrych dźwięków - tych z płyt i tych na żywo.

wtorek, 4 stycznia 2011

Podsumowanie roku 2010

Zawsze podziwiałem wszystkich tych, którzy umieją stworzyć ranking płyt. Ja niestety tego nie potrafię. W każdym roku ukazuje się mnóstwo nowych wydawnictw w bardzo wielu gatunkach. Nie jestem w stanie tego wszystkiego zestawić ze sobą, porównać. Dlatego też poniżej znajdują się krótkie opisy płyt, których miałem okazję posłuchać i które uważam za warte odnotowania. Kolejność wyszła przypadkiem alfabetyczna (ale od końca) - to pewnie dla zachowania pozorów rankingu ;)



Yeasayer - Odd Blood

Drugi album brooklyńskiego zespołu ucieka trochę od brzmień etnicznych oraz Beach Boysów w buszu i kieruje się w stronę popu. Struktura utworów została uporządkowana, pojawiły się wyraziste refreny no i się zrobiło przebojowo. Potwierdziły to koncerty - aż dwa w tym roku w naszym pięknym kraju. No i co mogę powiedzieć? Jak następnym razem Yeasayer będzie w Polsce, to trzeba iść. A póki co słuchamy Odd Blood.

These New Puritans - Hidden

Oj zrobiła na mnie wrażenie ta płyta. I doprawdy ciężko coś pisać, bowiem muzyka jest niezwykła. Nie jest to rock, nie jest to muzyka etniczna... Czym zatem jest? Dziwną mieszanką wyrazistej sekcji rytmicznej (a właściwie perkusyjnej), akustycznych orientalnych instrumentów, dzięcięcych chórów...Ufff. Jedno z największych zaskoczeń tego roku i jedna z najlepszych płyt ostatnich kilkudziesięciu miesięcy. Koniecznie trzeba posłuchać. Przynajmniej raz. Może OFF w przyszłym roku?


Swans - My Father Will Guide Me Up a Rope to the Sky

Powrócili. Zagrali koncert w Warszawie. I zamietli. I wydali też płytę. Niby nie kopie jak chociażby "The Great Annihilator", ale wciąż jest moc. Jak trzeba - łomot. Jak trzeba - łagodnie i melodyjnie. Dla fanów Swans jazda obowiązkowa (aczkolwiek nie jest to zapewne najlepsza Łabędzia płyta), dla reszty - polecam przynajmniej się zapoznać.


SONOIO - Sonoio

Solowy projekt i zarazem debiut znanego z NIN i Modwheelmood Alessandro Cortiniego. Właściwie EPka, bo muzyki na tym ściśle limitowanym wydawnictwie jest tylko pół godziny. Alessandro przygotował wszystko od początku do końca sam i udowodnił, że zdolny z niego człowiek. Całość jest oczywiście elektroniczna, świetnie wyprodukowana (fajne analogowe i ciepłe brzmienie syntezatorów) i przede wszystkim wpadająca w ucho. Zdecydowanie warto się przyglądać SONOIO. Jedno z najbardziej niespodziewanych zaskoczeń roku 2010


Shearwater - The Golden Archipelago

Gdyby nie OFF, to pewnie bym o tym zespole nie usłyszał. Dzięki festiwalowi mogłem zarówno posłuchać i zakupić płytkę. Powiem tyle: warto. Muzyka na tej płycie totalnie mi się kojarzy z morzem i opowieściami. Jest subtelnie, ale nie nudno. No i panowie grać i śpiewać umieją (perkusista występuje teraz ze Swans)



Serena-Maneesh - Serena-Maneesh #2: Abyss In B Minor


Niespodziewajek ciąg dalszy. Ta norweska grupa nagrała bardzo interesującą i wciągającą płytę. Choć utwór pierwszy zapowiada hipnotyczno-postrockową jazdę, to jednak płyta ma bardziej zwartą strukturę. Podoba mi się, że utwory nie mają sztampowej struktury i pojawia się w nich dość duża doza szaleństwa. Zdecydowanie polecam.



Robyn - Body Talk


Jeśli chodzi o płytę popową, to pani Robyn zmiotła konkurencję. Nie wiem co jest w nardodzie szwedzkim takiego, że mają tak ogromny talent to melodii. I choć Robyn nie ma ani powalającego głosu, a utwory mają naprawdę proste melodie, to całości słucha się rewelacyjnie. Jest pozytywnie, jest energetycznie. Zdaję sobię sprawę, że dla części ta płyta to prezent dla wroga, ale chrzanić to - dobry pop zawsze w cenie i dobrze widziany/słyszany. Body Talk to moja ścisła czołówka tego roku.



PVT - Church With No Magic

Debiut PVT (kiedyś PIVOT) w szeregach wytwórni Warp. Gęste rytmy, żywa perkusja i elektronika. No i wokal, który przywodzi trochę na myśl mrocznego do kwadratu Dave'a Gahana. Dobrze się tego słucha.



Pantha du Prince - Black Noise

Niezwykle przyjmna rzecz. Sporo w tej muzyce jakiś metalicznych stuków, plumkania. Sporo przestrzeni i delikatych beatów. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że to płyta niemal wakacyjna. O ile ktoś lubi rozstawiać leżak w otoczeniu industrialnych i najlepiej opuszczonych hal. 



The Orb - Metallic Spheres
Klasycy ambient housu pracują z klasykiem gitary, czyli Davidem Gilmourem. Jedna płyta, dwa niemal półgodzinne utwory. Dla fanów chilloutu rzecz bardzo polecana, dla reszty mniej. No i szkoda trochę, że poziom jakby nie ten w stosunku do rewelacyjnego debiutu The Orb.


The New Pornographers - Together

Barokowy pop w naprawdę niezłym wydaniu. Rozbuchane aranżacje, wpadające w ucho melodie i naprawdę porządne wykonanie. Nie wgniata w ziemię, ale momentami pozwala się od niej oderwać.




Novika - Lovefinder


Novika potwierdziła, że zna się na rzeczy. Potwierdziła też, że w Polsce można robić dobrą taneczną muzykę. Dobra płyta.



The National - High Violet

Jest jakby spokokniej, w porównaniu do płyty poprzedniej. Panowie mają ogromny talent do pisania tych nostalgiczno-smutnych utworów. Z początku jakoś nie odczuwałem rewelacji, ale potem zacząłem nagle i nieświadomie nucić sobie pod nosem kilka utworów. Chyba najlepsza ich płyta do tej pory.




Maximum Balloon - Maximum Balloon

Solowy projekt Davida A. Siteka z Tv On The Radio. 10 utworów, 10 różnych głosów. Od Davida Byrne'a z Talking Heads po Karen O z Yeah Yeah Yeahs. Świetnie zagrany, zaśpiewany i wyprodukowany pop. Właściwie każdy utwór mógłby być singlem. Bardzo polecam.




Magnetic Man - Magnetic Man

Chyba pierwsza dubstepowa supergrupa, czyli połączone siły Skreama, Bengi i Artworka. Pojawia się pytanie, czy to dubstep z elementami muzyki klubowej, czy na odwrót. Jakby na to nie patrzeć, powstała rzecz wybitnie na parkiet. Co ciekawe, bardziej podobają mi się utwory z wokalem, niż bez. Magnetic Man nie ryje psychiki tak, jak to mają w zwyczaju klasyczne dubstepowe płyty, ale akurat w tym przypadku to zaleta. Warto się zapoznać.



Liars - Sisterworld
Sisterworld brzmi tak, jakby Syd Barrett zamiast o wesołych gnomach i rowerach zaczął śpiewać o upiornych wiedźmach z ciemnego lasu. Ta płyta niesamowicie wkręca. Potrafi być tajemniczo, potrafi być psychodelicznie, potrafi też być hałaśliwie. Całość jest niesamowicie dopracowana dźwiękowo (podobno na jeden z utworów Liars poświęcili aż rok pracy). Gorąco polecam.




LCD Soundsystem - This Is Happening

Świat się zachwyca, ja może trochę mniej. Niemniej słucha się tego świetnie. Nóżka tupie, a głowa podziwia talent pana Murphy'ego do pisania świetnych piosenek.




Killing Joke - Absolute Dissent

No i zaskoczyło mnie. Jest...hmmm...metalowo, do przodu. I to mi się bardzo podoba. Parę riffów niezmiennie siedzi mi w głowie. Dawno nie słyszałem takiej klasycznie mocnej płyty. Warto wspomnieć, że to powrót oryginalnego składu KJ. Warto (niestety) też wspomnieć, że dzięki organizatorowi, który w słowniku ma wszystkie słowa oprócz "promocja" i "koncert", nie dane nam było usłyszeć tych utworów na żywo, bo bilety się nie sprzedawały. Fail.




Kanye West - My Beautiful Dark Twisted Fantasy

W życiu bym nie pomyślał, że płyta (bądź co bądź) hip hopowa znajdzie się w moim zestawieniu. A jednak. Na początku wrażenia nie robiło wcale. Z czasem natomiast coraz bardziej się wkręcałem i stwierdziłem: "Kurcze, dobre jest". Teraz doszedłem do etapu, że utworu "Runaway" słucham średnio 2 razy dziennie (a utwór 9 minut trwa).  A "Monster" ma zwrotkę roku. Dobra ta płyta. Świetnie posklejane dźwięki, milion ficzeringów. Słychać klasę. Niech będzie...Genialna rzecz.





Junip - Fields


Niby Jose Gonzales, niby nadal smęci swoim głosem, niby nadal brzdąkanie na gitarze, ale 1. to zespół, 2. są klawisze i perkusja 3. jest żwawo 4. jest momentami psychodelicznie 5. Jest fajnie.




Igor Boxx - Breslau

Połowa naszej narodowej dumy i jednocześnie połowa naszych ludzi w Ninja Tune, czyli Igor Pudło ze Skalpela postanawia dźwiękowo opowiedzieć historię Wrocławia z czasów II Wojny Światowej. Taka zapowiedź może przestraszyć i przywodzi na myśl 743523898 ilustrację muzyczną (koniecznie nowoczesną) Powstania Warszawskiego. Na szczęście pan Boxx zna się na rzeczy i słów tam nie ma. Jest muzyka. A właściwie poskładane w muzykę dźwięki ze starych winyli. Rewelacyjna mieszanka nowoczesnych rytmów i jazzu. Pietyzm, z jakim to jest wykonane, za każdym razem budzi mój autentyczny podziw. Bez dwóch zdań polska płyta roku.




How To Destroy Angels - How To Destroy Angels

Nowy projekt Trenta Reznora, ale tym razem z żoną i Atticussem Rossem. Od razu powiem, że głos żony mnie kompletnie nie kręci i nie rusza, ale w połączeniu z Reznorowymi zgrzytami, beatami i rzężeniem gitary brzmi dobrze. Niby liczyłem na jakieś odstępstwo od NINowego brzmienia, ale Trenta nigdy za wiele, więc ok. Poza tym to tylko EPka (za darmo do ściągnięcia). W 2011 ma być pełnoprawny album. Zobaczymy co z tego wyjdzie.




Hot Chip - One Life Stand


Nie bardzo wiem, co mam o tej płycie elokwentnie napisać, bo wystarczy podać hasła: przebojowo, pop, beat, emotronica (musiałem - to z wikipedii i niby określa Hot Chip) i mega zajebisty One Life Stand (utwór - ale płyta też tak się nazywa...i też jest zajebista)




Holy Fuck - Latin
Elektronicznie plus żywe bębny i żywy bas. Kręci bardzo.




Gorillaz - Plastic Beach

Na początku kompletnie mi się to nie podobało, bo za dużo hip hopu, a za mało Albarnowego luzactwa. Z czasem jednak się odwróciło i proporcje zrobiły się właściwe. A płyta mi się bardzo spodobała. Dobrze się słucha, fajnie buja.




Gonjasufi - A Sufi And A Killer

Łolaboga. Za pierwszym przesłuchaniem jedno wielkie WTF. Potem zaczęło się ogarnianie. No i ten dziad z pomocą Gaslamp Killera i Flying Lotusa stworzył totalnie odjechaną płytę. Co z tego, że śpiewać nie umie, skoro jest zajebiście? Psychodelia, garażowe brzmienia, hip hopy, elektronika... Choć ostatnio słucham tej płyty dość rzadko, to jednak bez dwóch zdań jest to jedno z dwóch największych "odkryć" tego roku.



Goldfrapp - Head First

O O O, aj gat e raket! To właściwie powinno starczyć, no ale niech będzie więcej: lata 80-te pełną gębą. Jedna z tych płyt, gdzie człowiek zerka do książeczki i patrzy na rok wydania. Goldrapp wyszło z leśnej chaty, zostawiło folk i wróciło na parkiet. 30 lat temu.  




Four Tet - Ther Is Love in You

Pan Hebden wraca wielką płytą. Świetnie poklejone sample wokalne, wkręcające bity. Fajnie się tego słucha.



Flying Lotus - Cosmogramma

Na dobrą sprawę trzeba tej płyty posłuchać dobre kilkanaście razy, by wszystko ogarnąć. Niesamowicie pokręcona elektonika z naleciałościami jazzowymi. Momentami jazda bez trzymanki i niesamowita muzyczna erudycja.


Deerhunter - Halcyon Digest


Nie jestem wyznawcą Bradforda Coxa, ale złapałem się na tym, że bardzo pasuje mi jego muzyka. Na tej płycie jest jakby więcej inspiracji latami 60-tymi, Velvet Underground. Bardzo dobrze mi się tego słucha i z czystym sumieniem polecam.

The Dead Weather - Sea of Cowards

Druga płyta i druga dobra. Brzmienie niby bardziej klarowne, ale z drugiej strony jest surowo. W sumie ciężko mi powiedzieć, czy wolę debiut, czy Sea of Cowards. Obie dobre. Czekamy na więcej.




Bryan Ferry - Olympia

Naczelny stylowy nudziarz powraca pierwszą od 8 lat płytą z autorskim materiałem. Ilością ficzeringów ustępuje tylko Kanye Westowi, bo kto się może pochwalić, że na jego płycie (jednej) grają Groove Armada, Scissors Sisters, Nile Rodgers, David Gilmour, Johnny Greenwood z Radiohead, muzycy Roxy Music z Brianem Eno i Philem Manzanerą na czele? Jest stylowo, ale i nowocześnie (choć bez przesady). Do posłuchania wieczorem i koniecznie w dobrym towarzystwie ;) 




Broken Social Scene - Forgiveness Rock Record

Powrócili po 5-cio letniej przerwie nagraniowej. I powrócili z klasą. Płyta jest długa (godzina z kawałkiem), ma dużo utworów (14) i słucha się się jej świetnie. Jest werwa, jest przebojowość, a gdzie trzeba - jest zaduma i spokój. Mnie na tej płycie wystarczy All to All - świetny numer.




Broken Bells - Broken Bells


To jest pop jaki lubię. Sporo gitary akustycznej, świetne melodie, świetna produkcja. Zdarza się, że jest podniośle, ale nie przekracza to w żadnym razie granicy ckliwości. Oby więcej takich płyt było.




The Brian Jonestown Massacre - Who Killed Sgt. Pepper


Potwierdzili, że znają się na psychodelii. Pokazali, że znają się na przebojowości. Pokazali, że umieją skopiować Joy Division. Pokazali, że znają islandzki i rosyjski. A zresztą lets go fucking mental i tyle.



Brian Eno - Small Craft on a Milk Sea


Oj trzeba się było naczekać na nowe wydawnictwo Eno. Zwiastuny zapowiadały odjechaną, zgrzytliwą jazdę. Płyta pokazała, że mistrz Brian świetnie się czuję w tworzeniu soundtracków do nieistniejących filmów. Bywa delikatnie, bywa ciut mocniej. Eno w formie, Eno mistrz. Postawić pomnik w Świebodzinie. Tak, wyższy.




Belle and Sebastian - Belle and Sebastian Write about Love


Napiszę tylko tyle: mam cholerną słabość do tego oldskulowego, niewinnego brzmienia, wokalu, klawiszy. Te utwory niszczą, a duet z Norah Jones wymiata. Rzekłem.





Autechre - Oversteps/Move of Ten


Aż dwa wydawnictwa panowie przygotowali. Pierwsze - klasyczne Autechre, czyli w sumie sporo osób nie wie, o co chodzi, ale jest fajnie. Jak zwykle pokomplikowane i połamane rytmy plus ciągoty ambientowe. Płyta druga to w sumie to samo, ale z beatem i bardziej da się słuchać. I nie ma w tym żadnej ironii. Dwa solidne i dobre wydawnictwa




Ariel Pink's Haunted Graffiti - Before Today


Oldskul pełną gębą. Jest nawet i surf rock. I chamskie disco w stylu gorączki sobotniej nocy. W dodatku brzmienie lo-fi. Szaleństwa w tym mnóstwo i dużo pozytywnej energii. Jedno z ciekawszych wydawnictw 2010 roku.




Arcade Fire - The Suburbs


Chyba jedyny zespół tzw. indie, na którego kolejne płyty czekałem od momentu debiutanckiego Funeral. Kanadyjczycy tym razem jakby bardziej dojrzali. Aranżacje wydają się być mniej rozbuchane, a muzyka dość mocno czerpie z amerykańskiej tradycji. Parę utworów to bezapelacyjni kandydaci do miana utworów roku.  




Archie Bronson Outfit - Coconut

Moje (zapewnie nie tylko moje) odkrycie OFF Festivalu 2010. Panowie dali wtedy fenomenalny koncert i dzięki temu ich dwa albumy są w mojej kolekcji (w tym Coconut z 2010 roku). Psychodelicznie, hałaśliwie, melodycznie i chyba nie do końca poważnie. Ale za to cały czas fajnie.




Charlotte Gainsbourg - IRM


Trzeba przyznać, że pani Charlotte umie sobie dobrać współpracowników. Na swojej drugiej płycie (ale pierwszej dorosłej) zaprosiła do współpracy Air, a na najnowszym wydawnictwie hula Beck. I to słychać. Zniknęły pościelowe dźwięki francuskiego Powietrza, pojawiło się za to beckowe szaleństwo. Ale też jest sporo ukłonów w stronę francuskiej tradycji muzyki popowej. Ścisła czołówka 2010 roku.




Trent Reznor and Atticuss Ross - The Social Network


Rewelacyjna muzyka do rewelacyjnego filmu. Jeden z niewielu soundtracków, którego dobrze się słucha w oderwaniu od filmu. Parę utworów zasługuje na miano genialnych, a gdyby wydane to zostało pod szyldem NIN, to pewnie uznałbym to za jedno z najlepszych wydawnictw Gwoździ.




Janelle Monáe - The ArchAndroid


Wow. Łatwość, z jaką tę młodę dziewczę porusza się po takich gatunkach jak soul, funk, r'n'b, pop, muzyka bigbandowa jest wprost niesamowita. Rewelacyjna płyta, w której szacunek dla czarnej (i nie tylko) muzyki miesza się z nowoczesnością i przebojowością. Bez dwóch zdań DEBIUT ROKU i odkrycie roku numer dwa.